Nietrudno stwierdzić, że cechę pełnej i kontrolowanej mniej lub więcej surowo, ale zawsze kontrolowanej świadomości twórczej noszą na sobie nawet młodzieńcze poezje autora Erosa i Psychy.

Przelewa się w nich tu i owdzie war uczucia, pali się siedmioma swymi barwami tęcza lotnego jak obłok marzenia, ale jednocześnie u podstaw łuku każdej z tych tęcz widać szary „granit” intelektu, stojącego, jak szyldwach, na straży poezji, aby nałożyć jej swoje wędzidło, gdyby zaszła tego potrzeba.

Potrzeby tej jednak nie było nigdy. Żuławski nie zapędził się na „bezdroża” ani razu w okresie dwudziestoletnim swojej twórczości.

W wierszach lirycznych, których zostawił nam cztery obszerne tomy, w powieściach fantastycznych (Na srebrnym globie, Zwycięzca, Stara Ziemia), w powieściach współczesnych (Laus feminae), w opowiadaniach i nowelach (Kuszenie szatana, Bajka o człowieku szczęśliwym), wreszcie w dramacie, który go najsilniej ku sobie pociągnął, jako rodzaj sztuki, i olśnił możnością twórczą przekształcenia rodzących się w mózgu obrazów i słów na plastyczną rzeczywistość — potrafił zawsze utrzymać na wodzy marzenie i sprząc je z postulatami krytycznego umysłu.

Rzecz znamienna i wysoce charakterystyczna, że nawet w „nadziemskich” swoich powieściach nie odbiegł zbyt daleko od „ziemi”, że potrafił swojej fantazji księżycowej nadać cechy obronnej prawdy, której nigdy uczony specjalista nie będzie mógł w ogólnej bryle zakwestionować.

W szeregu swoich dramatów, zaczynając od Dyktatora poprzez Wianek mirtowy, Jolę, najpopularniejsze ze wszystkich dzieł swoich Erosa i Psyche, Grę, Donnę Aluikę (La Bestia), Za cenę łez, Koniec Mesjasza i niewystawiony jeszcze dotąd na żadnej scenie polskiej Gród słońca3 — dążył poeta konsekwentnie rozmaitymi drogami i przy pomocy różnych środków zawsze do jednego celu — do najpełniejszego wypowiedzenia swojej idei „pełnego życia” i swojej tęsknoty do bohaterstwa, stanowiącej jeden z najwyższych wyrazów jego poezji.

„Ojcze!” mówi bohater w Grodzie Słońca:

ja nazbyt kocham śmiech, swobodę,

życie i słońce i siły swe młode,

co szczęścia dreszczem idą przez me kości,