— Może. Nie wiem. To pewna, że najbliższą istotą na świecie był mi człowiek żadnym węzłem krwi ze mną niezłączony... Ojciec mój był to dziwak przecudowny. Nie mówił nigdy ze mną. Nie pamiętam nawet, jaki miał głos. Ale żył niedaleko nas w zapadłym futorze staruszek, towiańczyk24, pono jeden z ostatnich... Siwy jak gołąb i zawsze pogodny, choć nie śmiał się nigdy. Nigdy o nic się nie gniewał ani potępiał nikogo. Pszczoły sobie hodował i czytał Ewangelię. Całe dnie spędzałem u niego.
Zamyślił się znowu.
— Wiesz, to był jedyny człowiek, który się nie bał śmierci. Tak, on się nie bał, chociaż myślał o niej często.
Chwycił się za głowę.
— Gdyby to można wiedzieć cośkolwiek, wiedzieć na pewno!
— Czy byłeś przy śmierci tego staruszka? — zapytał Butrym z zainteresowaniem.
— Tak. Miałem wówczas ze dwadzieścia lat. Studiowałem już medycynę, chociaż nie myślałem wówczas, że będę z niej kiedyś żył.
— I jak umierał?
— Spokojnie. Pewny był i zupełnie spokojny. Uśmiechał się. Jedyny raz w życiu wówczas widziałem jego uśmiech na bladych, sztywniejących już wargach. Ogarnęła mnie jakaś wściekła przekora, bolało mnie to po prostu, że ten człowiek się nie boi, że odchodzi w ciemność tak, jak gdyby mu jeno drzwi do drugiego pokoju otwierano. Nie mogłem tego po prostu znieść. W sposób zgoła zbrodniczy i łajdacki zacząłem go straszyć, mówiłem mu o tym wielkim Niewiadomym, które go czeka, a które może jest tylko nicością...
— A on?