— Tak. Mówiłem jej rzeczywiście... Zgrabna kobieta. Ale jeśli ci przeszkadza...

Butrym pożegnał się i wyszedł na ulicę.


Dzień był już duży. Mgła, która o świcie, miasto zalewała, rozpłynęła się teraz i zginęła w ulicach, osadzając się jeno chłodną wilgocią na bruku, którą słońce w miejscach więcej odkrytych powoli ścierało. Butryma po nieprzespanej nocy objął nagły chłód. Zapiął guziki płaszcza i począł z rękami w kieszeniach powoli iść ku rynkowi. Właściwie nie miał jasnego wyobrażenia, co mu teraz robić wypada. Był jeszcze wciąż we fraku, do pracowni uniwersyteckiej tak iść nie mógł, a do domu nie chciał. Przyszło mu na myśl, że synek jego już się zbudził i na odgłos dzwonka wybiegnie przywitać się z ojcem, i będzie chwytał świeżymi rączętami za ubranie jego, pełne kurzu i brudu, przepojone dymem tytoniu i wyziewami wina.

Stanął pod arkadami Sukiennic i patrzył bez myśli na wieże Mariackiego kościoła. Naraz uczuł jakiś niepokój. Miał wrażenie, że ktoś za nim stoi. Przez pewną chwilę walczył z tym uczuciem, nie chcąc się obejrzeć, aż wreszcie zupełnie mimo woli i prawie nieświadomie odwrócił głowę. Pod jedną z kolumn, podtrzymujących sklepienie krużganku, tyłem oparty o głaz, stał jego nieznajomy z kawiarni i spod czarnych krzaczastych brwi patrzył nań znowu przejmującymi oczyma. Ale co najdziwniejsza, te oczy wyglądały teraz jak ślepe. Spojrzenie ich — szklane i zastygłe — szło gdzieś w dal, na wskroś przez rzeczy i ludzi: Butrymowi się zdawało, że pojrzał w jakąś pustkę otchłanną.

— Tak by mógł patrzeć trup — pomyślał i nagłym dreszczem zdjęty, skinął na przejeżdżającą dorożkę, podając adres swego mieszkania.

W przedpokoju, zdejmując płaszcz, spotkał się z żoną. Przywitała go przyjaznym skinieniem głowy i otarłszy mu usta i wąsy chusteczką, podała policzek do pocałowania.

— Czy Jacuś już wstał? — zapytał ją z pewnym zakłopotaniem.

Spostrzegła to jego zmieszanie i uśmiechnęła się jakby z zadowoleniem.

— O, tak — rzekła spokojnie. — Umyj się i idź do niego, bo pytał się już o ciebie.