— I ostatecznie co z tego? — snuło mu się znów w myśli. — Gdy skończę te żmudne i nieprawdopodobnie zawiłe obliczenia, dowiem się, jakie są faktyczne dane teorii Arrheniusa27, to jest, czy mgławice w pewnych warunkach mogą wytwarzać na powrót różnicę potencjałów energii, zatraconą przez przemianę w ciepło, równomiernie we wszechświecie się rozpraszające... Ale w końcu co komu z tego przyjdzie? To jest warunek utrzymania równowagi w systemach słońc i gwiazdozbiorów, ale choćby rachunki moje wykazały co innego, to równowaga przecież i tak istnieje. Nie postąpię w istocie ani o krok naprzód. Przy tym, czy przy owym wyniku nie odpowiem na żadne: dlaczego? A zresztą któż mi zaręczy, czy cała praca moja nie jest fałszywa, gdy z ludzkiej, nieodzownej konieczności przyjąć musiałem założenie, że wszechświat co do przestrzeni i sumy energii jest ograniczony? Przecież to nonsens właściwie, a z drugiej strony również nonsensem jest przypuścić brak wszelkiego ograniczenia... Stoję wobec dylematu, niedającego się usunąć. Na dylemacie tym buduję gmach sztucznej równowagi, jakby granitową piramidę, postawioną cieńszym końcem na ostrzu noża. Lada powiew wywrócić ją musi — w jedną lub w drugą stronę...

Niebawem przysunął karty ku sobie i począł sprawdzać długie szeregi zrównań.

— Nie mówię już nawet o możliwości błędów w moim rachunku — myślał znów — ale kto mi zaręczy, że w ogóle wszelki rachunek nie będzie tutaj błędny? Gdzie dowód, że naprawdę dwa razy dwa jest cztery i że ten „pewnik” ma jakikolwiek walor poza obrębem mojego mózgu i świadomości? Operuję pojęciem ruchu, a czy ja wiem, czym on jest w istocie, nie mogę sobie nawet dać rady z jego względnością, która do potwornych wprost wniosków prowadzi...

Zaśmiał się nagle nerwowo i z cicha.

— Ach! Filozofuję jak student, który pierwszy raz stanął wobec problemu świata i bytu. Nie myśleć o tym! Nie myśleć, nie myśleć! Do roboty trzeba się zabrać.

Wziął pióro w rękę i z uporem a zaostrzoną przez wolę jak nóż świadomością, z uwagą w jeden wytężoną punkt, kreślić począł na papierze nowe szeregi znaków. Rachunek jednak w przedziwny sposób nie chciał się dzisiaj zgadzać. Rozpoczynał pracę od nowa.

Upłynęła godzina, gdy naraz uczuł, że stoi ktoś za nim. Odwróciwszy głowę, spostrzegł służącego.

— Czy Franciszek chce czego? — spytał opryskliwie.

— Nie chciałem panu profesorowi przeszkadzać. Stoję tu już dobrą chwilę. Tam pan jest jakiś, który się chce widzieć.

Butrym miał już ochotę odprawić przerywającego mu żmudną pracę natręta, gdy nagle zamajaczyła mu w pamięci postać nieznajomego z czarną brodą i umarłymi oczyma. Był prawie pewien, że to on przychodzi.