— Prosić — rzekł krótko, usuwając nieco papiery.

Jakoż za chwilę pojawił się w drzwiach otwartych oczekiwany mężczyzna. Nie mówiąc ani słowa, prawie automatycznie, jakby sennie, przeszedł przez salę wprost ku stołowi, przy którym Butrym pracował. Zdawało się, że nie zwraca nań zgoła uwagi, że go nawet nie widzi. Nie pytając o pozwolenie, ruchem pośpiesznym zaczął przerzucać karty rękopisu, na które zresztą wcale nie patrzył. Naraz drgnął i podsunął jedną kartę przed oczy profesorowi.

Voila. Ici28 — rzekł po francusku i usiadł szybko, jak gdyby zupełnie z sił wyczerpany. Perlisty pot wystąpił mu na łysą czaszkę.

Butrym zdumiony patrzył na podaną mu kartę. Naraz wykrzyknął głośno. Tutaj był błąd! Drobne opuszczenie, omyłka zaledwie dostrzegalna, która w rezultacie cały rachunek robiła fałszywym...

— Skąd pan o tym wiedział? — rzekł, zwracając się ku nieznajomemu.

Ten powstał.

Comment? Je ne comprends pas polonais29...

Butrym powtórzył pytanie po francusku.

— Najmocniej pana przepraszam — mówił przybyły, jakby usprawiedliwiając się. — Nie miałem zamiaru pana zadziwić a tym mniej odgrywać komedii... Stało się to zupełnie przypadkowo. Wchodząc tutaj, poczułem naraz na progu, że tam coś jest... Nie mogłem się oprzeć wewnętrznemu pędowi. Czy jest rzeczywiście jaki błąd na karcie, którą wybrałem?

Profesor skinął głową.