— Cóż to ma znaczyć?
— Zaraz. Czy pani nie uważała, że tak zwane porządkowanie jest właściwie najstraszniejszą ruiną i ponadawaniem przedmiotom codziennego użytku takich położeń, w jakich ich właściwie wcale używać nie można?
— Tego nie uważałam nigdy.
— Ale ja za to — wtrącił znów Butrym ze śmiechem. — Porządki na moim biurku, po których niczego na właściwym miejscu znaleźć nie mogę, są po prostu moją zmorą!
— Otóż daruje pani, ale w tym wypadku przyznaję słuszność profesorowi. Wedle zasady naturalnego uwarstwienia przedmiotów, każda rzecz znajduje się tam, gdzie jej się używało, czyli w miejscu najwłaściwszym. Nadto przedmioty więcej używane — przez naturalny bieg wypadków — na wierzchu, rzadziej — pod spodem.
— Ładny tam chaos musi być w pańskim mieszkaniu!
— Nie jest tak źle. Trzeba tylko mieć zasady, a niezbyt wiele rzeczy w domu. Drugą zasadą moją jest kuchnia skomasowana35 i ujednostajniona...
— O, niech mnie pan tego nauczy! Obeszłabym się wtedy może bez kucharki, która jest przekleństwem życia tak zwanej gospodyni.
— Moja zasada wyklucza wprost istnienie kucharki! — Przede wszystkim gotuję kolację sam. Aby oszczędzić niepotrzebnej straty energii na wymyślanie menu, jem codziennie to samo, mianowicie kaszę. Teraz niech pani pomyśli, siedem razy na tydzień kaszę gotować. To jest po prostu straszne! Wobec tego komasuję tę sprawę i gotuję kaszę w poniedziałek na cały tydzień od razu.
Butrym słuchał tych żartów i usiłował brać w nich udział. Ale roztargniony był i obecnością bardzo zresztą miłego gościa znużony. Ukradkiem poglądał na zegarek, a wreszcie wysunął się do swego pokoju, zbyt dobrze znając Śniegockiego, aby się mógł obawiać obrazy z jego strony.