Siadł przy biurku i podparł głowę rękoma. Przez niedomknięte drzwi dolatywały go odgłosy rozmowy i jasny, swobodny śmiech żony, potem słyszał, że siadła do fortepianu i grała. Drażniła go dzisiaj ta muzyka, bo przeszkadzała mu zebrać rozpierzchłe myśli. Spotkanie z Firdussim wracało mu ciągle do pamięci i im więcej o tym myślał, tym niezrozumialszą wydawała mu się cała rzecz. Aby odegnać tę zmorę od siebie, poszedł do biblioteki i wziął pierwszą lepszą książkę z brzegu, nie patrząc nawet na tytuł.

Przez chwilę miał oczy wlepione w rozwartą stronicę, ale liter zgoła nie widział. Po pewnym czasie dopiero uderzyło go zdanie:

„Są ludzie przychodzący z dala, o których nie da się nawet dokładnie powiedzieć, skąd przychodzą, z czasu czy z przestrzeni. Poznasz ich po tym, że widzą. I wiedz, że widzieć będą aż tam, skąd przyszli, dopóki ziemia ich nie przyciągnie i nie przywiąże do siebie. Wtedy oślepną i wzrok będą mieli tylko ziemski”.

Butrym ze zdziwieniem odwrócił książkę i spojrzał na tytuł. Było to jakieś dzieło teozoficzne, nie do niego nawet należące, ale pożyczone od Krasołuckiego, który wtykał mu niekiedy w dłoń różne książki ze swego bardzo skomplikowanego księgozbioru. Tej Butrym dotąd nawet nie zauważył i nie pamiętał, kiedy ją wziął. Gdyby nie nazwisko lekarza na karcie tytułowej, nie wiedziałby, skąd ją zna...

Z drugiego pokoju dolatywały go strzępy rozmowy.

— Zdaję mi się, że pan Mieczysław jest naprawdę przemęczony pracą. Powinna pani starać się jakoś nakłonić go do odpoczynku albo rozrywki...

— Ależ owszem! Bawi się. Przesiaduje czasem w kawiarni po całych nocach. Nie mam też mu tego zresztą wcale za złe.

— Pani jest po prostu idealna żona.

— Nieprawdaż?

Butrym czytał znowu: