Na imię mu — samodzielny wysiłek twórczy.
Z. Dębicki4
I
Z ciemnego rogu dużego salonu, popod pierzaste liście palmy, zwieszające się z wazonu, patrzył profesor Butrym na żonę.
Siedziała przed fortepianem. Skończyła przed chwilą grać; lewą, pieszczoną rękę, z dużym, starym turkusem w pierścieniu, trzymała jeszcze na klawiaturze, uśmiechniętą twarzą zwracała się do kilku stojących obok mężczyzn. Mówili do niej wszyscy, jeden przez drugiego, drocząc się nawzajem i przekomarzając. Profesor widział ich wszystkich, jak przez mgłę, raczej odczuwał tylko ich obecność, jakby dopełnienie obrazu, który miał przed sobą. Nie słyszał i nie słuchał, co mówią, cieszył się tylko, że są, że śmieją się i rozmawiają, bo dzięki temu patrzeć mógł tak zdała na delikatny, jakby rylcem w twardej kamei cięty profil swej żony, widzieć, jak w uśmiechu drga radością życia każdy nerw; jej twarzy, jak błyszczą oczy jej o przedziwnym kolorze morskiej wody, w której ponad zielenią wzgórz odbija się błękitne niebo.
Opuścił nieco powieki na znużone jaskrawym światłem oczy i spod spuszczonych rzęs łowił iskierki płowego złota, sypiące się z jej falistych włosów przy każdym głowy poruszeniu, patrzył, jak w miarę uśmiechu jawił się na jej prawym policzku mały dołeczek, ukośnie padającym światłem fortepianowego kinkietu znaczony i znikał znów, kiedy z szeroko rozwartymi oczyma i rozchylonymi nieco usty słuchała niby poważnie jakichś mówionych do siebie słów...
— Zośka, Zośka — szeptał z cichym, dziecięcym niemal roztkliwieniem.
Uderzył go śmiech głośniejszy. Pani Zośka wstała, mężczyźni rozstąpili się nieco, otwierając jej wolne przejście w głąb salonu. Ale ona nie szła. Widział ją smukłą i wysoką, z męskimi trochę ramionami i przedziwnie kobiecą, miękką, szlachetnie wygiętą linią grzbietu i biódr5. Powłóczystą suknia z czarnego aksamitu iskrzyła się na niej świetlnym pyłem, z żyrandolu i lamp padającym.
Zwróciła głowę.
Błysnęła mu na moment jej twarz wprost widziana o brutalnie rozwiniętych kościach szczękowych, wąskich ustach i banalnym, okrągłym czole. Wzrok jej chłodny, roztargniony, nie widząc go, przesunął się po liściach stojącej obok palmy i zgasł gdzieś w czarnym prostokącie osłoniętego ciężką firanką okna.