Przeraził się, jakby nagle po raz pierwszy ujrzał tę kobietę, z którą żył już przecież sześć czy siedem lat... Spuścił na moment oczy. Gdy je znów wzniósł, śmiała się już, odpowiadając coś jednemu ze stojących wokół niej mężczyzn. Profesor teraz dopiero zwrócił na nich uwagę. Znał ich wszystkich. Był między nimi wysoki, smukły, poprawnego dżentelmena udający prawnik, który przed paru laty jeszcze nosił za krótkie, na kolanach wygniecione spodnie i wytarty płaszcz narzucał na ramiona. Obecnie, ubrany z wyszukaną starannością, z monoklem w oku, który zrzucał wciąż nerwowym ruchem, i z gładko wygoloną twarzą, niepozwalającą poznać właściwego jego wieku, pochyliwszy cokolwiek małą głowę, mówił właśnie coś do pani Zośki, i patrząc na nią nieco z góry, uśmiechał się dziwnie na wpół dobrotliwym, na wpół szyderczym grymasem ust.
Butrymowa, cofając się z lekka wstecz6 ramionami, patrzyła nań z uśmiechem oczyma szeroko rozwartymi, dziecięcymi, pełnymi zdumienia i ciekawości. Bródkę subtelną wyciągnęła naprzód, ruchem z przyzwyczajenia już mimowolnym, aby nadać szyi linię doskonałą i ukryć równocześnie zbyt silnie rozwinięte, mięśnie żuchw. Profesor doznał na chwilę wrażenia, że widzi ją pozującą do jakiegoś portretu czy fotografii i poprzez maskę udanego zajęcia na twarzy spostrzega jej nudę i roztargnienie. Poruszył się, jakby chciał powstać i podejść ku niej, ale ogarnęło go znowu smutne onieśmielenie. Wiedział, że spojrzy na niego z tym samym uśmiechem, tymi samymi dziecięco zdumionymi oczyma i z tym samem wewnętrznym roztargnieniem, nie czując bynajmniej, że zbliżył się do niej ktoś bliski, drogi, ktoś, kogo by chciała w tej chwili mieć przy sobie.
Spoza pleców adwokata wysunął się teraz człowiek młody o doskonałej apolińskiej budowie, z ponętnymi, iście kobiecymi ustami w wygolonej twarzy. Poza tym szlachetna, spokojna męskość biła z całej jego postaci, którą szpeciła jeno przedwcześnie pojawiająca się nad czołem łysina. Butrym poznał Śniegockiego, młodszego kolegę swego z uniwersyteckiej katedry, niedawno przybyłego z zagranicy fizjologa i uśmiechnął się, ponieważ go lubił szczerze i serdecznie. A przy tym zabawiło go to, co zobaczył. Adwokat, prym dotąd w małym kółku dzierżący, skwaśniał jakoś momentalnie. Pewny siebie i troszeczkę impertynencki uśmiech nie zniknął wprawdzie z jego warg, ale zastygł i jakby zamarzł, przemieniając się na jakiś grymas nerwowy i niecierpliwy. Ruchem coraz częstszym władał i wyrzucał szkła z oka — nonszalancja jego stawała się coraz bardziej sztuczną i nienaturalną. Znać było, że jest zniechęcony i dotknięty, że ktoś w tej chwili osobą swą żywiej zajął towarzystwo niż on — i ma ochotę odejść, nie mogąc się tylko zdecydować na wybór momentu właściwego, aby, odchodząc, dać uczuć dość silnie swój brak.
Śniegocki jednak nie spostrzegł tego lub nie chciał spostrzec. Z odrobiną przyjacielskiej poufałości nachylił się ku pani Zośce i zaczął jej mówić coś naprawdę zabawnego, gdyż z nagłym i szczerym ożywieniem pojrzała7 po sali, jakby szukając kogoś, o kim jej opowiadano, a potem, nie pożegnawszy nawet skinieniem głowy towarzystwa, pofrunęła po parkiecie, unosząc lewą ręką w żywym ruchu przeszkadzający jej tren czarnej, aksamitnej sukni i sypiąc z jasnych, falistych włosów złotymi iskrami.
— Ty jednak jesteś naprawdę szczęśliwy!
Butrym teraz dopiero zauważył, że na małej, ukrytej poza palmą kanapce siedzi obok niego tęgi człowiek z silnymi szkłami na wyłupiastych nieco oczach. Dłonie z przykrótkimi palcami wsparł na krótkich, szeroko z powodu znacznego brzucha rozstawionych kolanach i patrzył przez grube okulary za niknącą w głębi salonu panią Butrymową.
— Ach, to ty jesteś...
— Tak, tak, moje złoto. I zazdroszczę ci.
Butrym zaśmiał się, nie wiadomo, dlaczego.