— Dajże spokój, Władku. Gotów się jestem zaniepokoić!

Tłuścioch machnął ręką z komiczną rezygnacją.

— Kto jak kto, ale ty możesz być zupełnie spokojnym. Pani Zośka to szczere złoto. Nie każdy tak trafi jak ty trafiłeś.

Butrym wiedział, że Władysław Krasołucki, pan niegdyś znacznych na Ukrainie majętności, a obecnie już tylko lekarz wzięty i znany, choć niezbyt lubiany z powodu wyniosłego i uszczypliwego usposobienia, był od lat wielu separowany z żoną, a nie mogąc uzyskać zupełnego rozwodu, na próżno wzdychał do powtórnego małżeństwa, do którego, jak mawiał, dojrzał dopiero teraz, minąwszy pięćdziesiątkę. Zaśmiał się, ponieważ wiedział również, że Krasołucki, wzdychając do „ciszy domowego ogniska”, życie prowadzi dość szalone i, mimo lat, nie gardził licznymi stosunkami, wyrobiwszy sobie nawet w tym względzie opinię bardzo szczęśliwego, względnie „niebezpiecznego” człowieka.

Lekarz tymczasem klasnął palcami na przechodzącego lokaja.

— Mój kochanku, daj nam tu jaką butelczynę szampańskiego. O, tu postaw, na stoliku pod palmą...

Wychylił szklankę i zaczął filozofować.

— Ot, kobiety. Zdaje im się Bóg wie co. Każą się czcić, uwielbiać, na rękach nosić, a przynajmniej już złotem opłacać za tę śmieszną drobnostkę, że się nam pozwalają kochać. Wszystko to diabła warto. Jeśli się już komu wdzięczność za kochanie należy, to chyba nam, mężczyznom, bo my byśmy się bardzo dobrze bez tej całej parady mogli obejść. Czyż nie?

Spostrzegł, że się Butrym uśmiecha.

— No, no, nie potrzebujesz się śmiać. Nie mówię naturalnie o fizjologicznej stronie tak zwanej miłości. To jest konieczność natury i to co innego. Ale te wszystkie idealności i poświęcenia są przecież zbytkiem lekkomyślnym i karygodnym. Zastanów się tylko, co to z ludzi robi. Wszak znasz Turskiego?