— Badaliśmy go obaj z Krasołuckim przez kilka dni. Ostatecznie zdaje się być człowiekiem zupełnie normalnym.
W fizycznym znaczeniu.
— Naturalnie. Cóż więcej można powiedzieć! Są tylko takie pewne drobne rzeczy: W pewnych chwilach skurcz tęczówki — aż do zaniku prawie — i zupełna niewrażliwość źrenicy na światło, pewna, występująca czasem jakby kataleptyczna automatyczność ruchów, z zupełnym wykluczeniem w tych chwilach odruchów nerwowych... Poza tym, co najdziwniejsza, człowiek całkowicie na wpływy tak zwanej hipnozy odporny i niepoddający się sugestii w żadnej formie...
— Dziwna! A co on sam mówi o sobie?
— To jest właśnie coś irytującego! Pozwala się badać i patrzy na nas z takim pobłażliwym uśmiechem... Gdy się go o co spytać, odpowiada z gotowością, ale nie podobna oprzeć się wrażeniu, że pytania nasze uważa właściwie za zbyteczne i pozbawione zgoła sensu. Raz wprost nam powiedział: „Panowie, badając mnie, nie rozwiążecie zagadki ani dla siebie, ani dla mnie. Czy przez badanie człowieka zrozumieliście panowie kiedykolwiek, jak najprostsza myśl jego do skutku dochodzi”. Nie mogliśmy mu odmówić słuszności.
Butrym chodził już po pokoju dużymi krokami.
— Nie umiem sobie także zdać sprawy z jego poziomu umysłowego — rzekł. — Nie brak mu wykształcenia. Mówi dobrze po francusku i po angielsku, a nawet coś niecoś po rosyjsku, ale w rzeczach, o których wie najlepiej albo, jak sam się wyraża, które „widzi”, jest właściwie zupełnym ignorantem. Nie mówię już o praktycznych zagadnieniach astronomicznych, bo tu zawsze można by jeszcze przypuścić fantazję, bujającą na podłożu pochwytanych wiadomości, ale w czysto matematycznych obliczeniach... Ma się na przykład jakiś niezmiernie zawiły wzór, którego doprowadzenie do końca wymaga całego szeregu dni pracy, uciążliwego logarytmowania, użycia dyferencjałów i całek, a tymczasem on w pewnym momencie „przepowiada” jego wynik i nie myli się ani na jotę! Sprawdzałem to parokrotnie.
A przecież w wiedzy swej matematycznej wyszedł mało co ponad cztery kardynalne działania! I zdaje mi się, że jest zupełnie szczery, kiedy prosi, aby mu objaśniać to, co on „widzi”, bo sam nie zawsze dobrze widzenie swoje rozumie.
— Tak... To jest dziwne. Ale czy nie lepiej by było wobec tego dać spokój wszelkim badaniom i przyjmować po prostu rzeczy tak, jak są?
— Czyż to możliwe? Niechże pan uważa, że wtedy stoimy wobec czegoś wprost potwornego. Taki Firdussi „dyktuje” nam wiedzę. To dobrze, ale my jego „prawd” nie możemy skontrolować. Tworzy się jakiś nowy kodeks tajemnic... objawionych, w które zarówno można wierzyć, jak nie wierzyć. To do absurdu doprowadza.