Śniegocki się zamyślił.
— Może pan ma rację. Ale być może także, że taka „księga widzeń” Firdussiego może posłużyć czasem za podstawę do krytycznego badania naukowego. Bo jeśli wspomniałem o zarzuceniu badań, to miałem wyłącznie osobę jego na myśli, ale nie treść jego wypowiedzeń, czy objawień...
— Tak, ale czyż można oddzielić człowieka od tego, co on mówi?
— Nie sądzę.
— A widzi pan!
Śniegocki milczał przez chwilę, a potem zaczął znowu:
— Hm, a jeżeli są istotnie „ludzie z gwiazd”, jak Firdussi sam siebie nazywa? Jeśli to tylko naczynia, przez które jakiś niepojęty strumień łaski świata przepływa? Co pan w tym wypadku zyska, poznawszy choćby najdokładniej owo naczynie?
— I to pan mówi? Fizjolog?
— Właśnie. Wiem, że my w swoich badaniach życia naprawdę tak mało co ponad skorupę samą poznajemy. Znamy doskonale wszystkie procesy, które towarzyszą podziałowi komórki, fotografujemy pod ultramikroskopem tworzący się centrosom, rozpad jądra, układ występujących nitek chromatyny, system promienistych włókien w istocie plazmatycznej i tam dalej, słowem zbadaliśmy cały mechanizm i absolutnie zrozumieć nie możemy, co go do ruchu pobudza i dlaczego tak, a nie inaczej działa.
— Dobrze, ale tu przynajmniej ma pan do czynienia ze zjawiskiem normalnym, to jest powtarzającym się zawsze i wszędzie, więc ostatecznie nic pan nie ryzykujesz, zadowalając się samem stwierdzeniem faktu, że taki jest! Zaś ta afera z Firdussim ma cechy nadzwyczajnej wyjątkowości: to jest po prostu sprzeczne z tym wszystkim, co za pewnik przyjmujemy.