— Ha. Może właśnie dlatego, że zbyt pochopnie rzeczy niektóre przyjmujemy za pewnik.
Butrym zaśmiał się trochę nerwowo.
— Znać, że pan kilka dni przepędził w towarzystwie Krasołuckiego. Ten stary sentymentalny satyr ma pewne uprzedzenia do wiedzy, którymi i mnie czasem zaraża.
Śniegocki patrzał nań uśmiechniętymi oczyma.
— Czyż do wiedzy? Czy może tylko do tego, co za nią powszechnie uchodzi? W takim razie trudno mu tak bezwzględnie odmówić słuszności... Uśmiechali się obaj chytrze i smutno, patrząc sobie wzajemnie w oczy.
— Widzi pan — rzekł Butrym — śmiejemy się obaj. Augur37 z augurem... Ale właściwie to płakać by nam się chciało.
— Czyż warto? — odparł Śniegocki i pchnął okno w pracowni profesora, otwierając je szeroko. — Niechże pan patrzy, jaki świat piękny poza całą wiedzą naszą!
Ku schyłkowi dnia wypogodziło się na świecie. Z okien domu, postawionego na wzgórzu, na samym końcu zamiejskiej kolonii św. Salwatora38, rozciągał się widok szeroki na Wisłę i wznoszące się za nią pagórki i dalsze góry aż hen gdzieś po srebrno-błękitny skrawek Tatr, widny w pogodne dni na nieboskłonie. Mgła lekka, od zachodzącego słońca złotawa, leżała nad Wisłą, dalej mienił się świat późnymi kolorami jesieni; wzgórza dalekie śnieg już pierwszy bielił.
Fala rzeźwego, chłodną wilgocią przepojonego powietrza wpadła do zamkniętej pracowni. Na prawo pomiędzy bezlistnymi drzewami widać było stok kopca Kościuszki, zrudziałą od wczesnych przymrozków trawą pokryty.
Profesor podszedł ku oknu i wsparł się ramieniem o uszak. Patrzył z pochyloną na bok głową gdzieś daleko przed siebie, na niebo zachodzące już brzegami siną barwą wieczoru. Nad głowami paliły się jeszcze wysoko zawieszone chmury ogniem zachodnim, ale zza Wisły i od strony Krakowa szła już noc z jakimś dalekim, celowym biciem dzwonów, poprzez świat się wlokącym.