— O czym pan myśli? — zagadnął Śniegocki po chwili. Butrym drgnął.

— Ach, tak mi przyszło do głowy... co żona moja robi w tej chwili.

— Pani jest wciąż nad morzem?

— Tak. I chcę, aby tam jak najdłużej została. Dopóki słońca tam dosyć...

— A pan się nie wybiera?

— Nie, nie. Pan wie, że mam robotę, wykłady... Nie mogę. Ale czasem, gdy tak patrzę stąd na świat, to doprawdy rwie mnie tak straszliwie poza te góry, gdzieś w kraje, które znałem, po których jeździłem, zdaje się tak niedawno, kiedym był młody naprawdę...

— I teraz powinien by pan wyruszyć.

— Może. Trudno mi się wyrwać. Pan wie, czasem w sprawach naukowych jadę na dwa — trzy tygodnie do Paryża lub Londynu, ale to się nie liczy. Chciałbym tak, jak dawniej....

— Jedź pan, jedź. Byłem niedawno w Hiszpanii. No, ja umiem tanio podróżować, pan by już dzisiaj tak nie potrafił, ale to ostatecznie obojętne. Cudowny kraj! Jakby z jakiegoś nieprawdziwego zdarzenia. Zwłaszcza tam na południu, w okolicach Sewilli, Granady...

Butrym przymknął gwałtownie okno i przeszedł do biurka, aby zapalić światło elektryczne.