— Tak, tak, proszę pana. Tak się to mówi, a ja tymczasem muszę tu siedzieć i pracować. Jeszcze w dodatku przyszedł mi tutaj Firdussi... Potarł ręką czoło i nachylił się nad rozłożonymi na biurku papierami. Śniegocki patrzył nań przez chwilę w milczeniu, a potem pożegnał się szybko i wyszedł.
Butrym pisał:
Kończę list, przerwany przed chwilą wejściem Śniegockiego. Zośka, tak Cię chcę zapytać i tak się boję zarazem... Zośka, chcesz Ty, żebym ja do Ciebie przyjechał? A wiesz, czego się boję? Nie tego, że Ty możesz nie powiedzieć, lecz tego raczej, abyś z uprzejmości dla mnie, nie chcąc mi przykrości robić, nie odpisała: tak, choć może wcale tego nie pragniesz... Jak to dawno nie byłem z Tobą razem. Tu jest tysiąc rzeczy, które stoją między nami. I ten dom nasz, i to dziecko, choć tak strasznie kochane, i stosunki towarzyskie, i praca moja zawodowa, wszystko słowem, co na pozór nas łączy, a w istocie przeszkadza temu, abyśmy naprawdę byli ze sobą. Może właśnie dlatego trudno nam się czasem porozumieć. Tęsknię za Tobą — nie od czasu, jak wyjechałaś, ale odkąd jesteś moja... Wiem, że nie lubisz tego słowa, że zawsze chcesz być tylko swoją, ale cóż ja na to poradzę, że tak czuję.
Przyduszam w sobie nieraz wiele rzeczy, ale dzisiaj przed wieczorem otwarto przypadkowo okno w moim pokoju i to mi wystarczyło, aby mnie napadła taka szalona tęsknota za światem dalekim i za Tobą. Napisz jeno, czy chcesz, czy chcesz, żebym przyjechał? Trzyma mnie tu wiele rzeczy i roboty zaczęte, i przeklęty Firdussi, ale to wszystko jedno. Urządzę się tak, żeby choć na tydzień, choć na dwa tygodnie... Tam będziemy razem i sami, przypomnimy sobie te czasy, kiedyśmy po raz pierwszy wyjechali oboje za granicę i cieszyliśmy się, i śmiali jak małe dzieci. Byłaś wtedy taka dobra i moja, i bliska. Wieczorem opierałaś głowę o moje ramię i mówiłaś, że jesteś zmęczona, a ja Cię prowadziłem do domu i siadałem przy Twoim łóżku i trzymałem ręce Twoje, pókiś nie zasnęła. Zawsze tak musiałem ukołysać Cię do snu, a czasem nawet bajki opowiadać, jak teraz Jacusiowi... Zośka, czy chcesz, żebym przyjechał? Powiedz, czy chcesz...?
Po skończeniu długiego listu Butrym poszedł sam wrzucić go do skrzynki na dworcu kolejowym, aby być pewnym, że dziś jeszcze pójdzie. Zwykle jeździł tramwajem do miasta, ale dziś po długim siedzeniu w dusznym — jak mu się zdawało — pokoju, zapragnął ruchu i powietrza. Szedł więc piechotą w dół koło odwiecznego Zwierzynieckiego klasztoru, a potem dalej ulicą między przedmiejskimi domkami, pomiędzy które błyskało czasem zmącone drobną falą zwierciadło Wisły.
W oknach starych niskich domów i większych smutnych, na zamieściu stojących kamienic błyszczały już światła, droga była już niemal pusta. Nudzący się pod latarnią policjant skłonił się uprzejmie znajomemu profesorowi...
Minąwszy brudną ulicę Zwierzyniecką, Butrym wziął się plantami na lewo, trochę z przyzwyczajenia, gdyż tędy wiodła zwykle jego droga do uniwersytetu, trochę zaś z umysłu, aby nie iść przez ludne ulice śródmieścia.
W obrzasku rzadkich latarń majaczyły przed nim drzewa bezlistne, od całodziennej mgły jeszcze wilgotne, sczerniałe... Tu i ówdzie na trawniku, zeschłymi liśćmi zasypanym widniał niekształtny chochoł słomiany, kryjący w sobie krzak róży, zabezpieczony już przed nadchodzącymi mrozami. Profesor patrzył na to wszystko i myślał o palmach zielonych, o drzewach pomarańczowych, młodym, niedojrzałym jeszcze owocem pokrytych, o różach, co kwitną teraz pod ruinami na Palatynie39...