Przyszło mu na myśl, że jeżeli żona zechce, aby do niej przyjechał, to nie zostanie z nią w Monte Carlo. Siądą w Nicei na statek i popłyną błękitną drogą w słońcu złocistym na Korsykę, a może dalej, do Palermo, do Taorminy patrzeć na morze poprzez zwalone kolumny starego greckiego teatru... Uśmiechał się do tej myśli i szedł coraz żywiej, jak gdyby czekał tam już na niego pociąg, mający go zawieźć do tych krajów słonecznych.
Nie zauważył nawet, kiedy się znalazł na dworcu kolejowym. Wrzuciwszy list do skrzynki, jakimś wewnętrznym pędem party, poszedł na peron patrzeć, jak pociągi w świat odchodzą. Trafił właśnie na jakiś ekspres, idący do Nicei, który się tutaj kilkanaście minut zatrzymał. Szedł wzdłuż lśniących, dużymi szybami opatrzonych wagonów i przyglądał się obcym, obojętnym podróżnikom. Gdzieś przez szybę zamajaczyła mu kształtna postać kobieca, zielonym kostiumem obciśnięta; naprzeciw młodej kobiety siedział mężczyzna, nieco ku niej nachylony i mówił coś żywo, w oczy jej zaglądając. Słuchała go z uśmiechem, rzeźbiącym dwa filuterne dołeczki na jej policzkach, z przymrużonymi troszkę oczyma...
Naraz poczuł dłoń na swym ramieniu. Obejrzał się. Stał za nim Turski w podróżnym ubraniu, z miękkim, kraciastym szalem na ręku.
— Jedzie pan, jak widzę?
Turski ściskał mu dłoń serdecznie.
— Tak, trochę w świat... Za długo już siedzę na miejscu...
— A cóż będzie tymczasem z pańskim teatrem w Zakopanem? Nie na to pan chyba miliony w nim utopił, aby go teraz — z początkiem sezonu — na łasce losu zostawiać?
— O, nie ma obawy! Zaręba dał się ostatecznie namówić. Aż do mego przyjazdu on wszystko będzie miał w ręku. Lepszego kierownika sobie wymarzyć nie mogę. Lepszy jest w każdym razie ode mnie.
Butrym miał ochotę zapytać o księżną Helenę, dzisiaj aktorkę, będącą główną osią całego artystycznego przedsiębiorstwa Turskiego, ale przypomniawszy sobie, jakie niegdyś tych dwoje ludzi stosunki łączyły, a nie wiedząc, jak się obecnie właściwie rzecz przedstawia, nie chciał się okazać niedelikatnym.
Spytał więc tylko obojętnie: