— I dokąd pan jedzie?
— Nie wiem jeszcze. Na razie na Riwierę, do Monte Carlo. Słońca chcę trochę zobaczyć.
— Do Monte Carlo?
— Zdziwił się pan...?
— Nie, nie. Tylko... jest tam teraz moja żona. Jeżeli ją pan spotka...
— Odszukam panią niewątpliwie. Cieszę się bardzo. Pozwoli pan ucałować piękne ręce swojej pani?
— Ależ naturalnie!
Chciał jeszcze powiedzieć, że może i on lada dzień w tamtą stronę podąży, ale jakiś wstyd nagły zamknął mu usta.
Uścisnęli sobie dłonie, Turski wskoczył do wagonu, konduktor drzwi już zamykał. Za chwilę powoli, powolutku, prawie nieznacznie szereg wozów poruszył się po szynach. Ozwało się ciężkie, głębokie westchnienie lokomotywy — jedno, drugie, trzecie... Butrym patrzył, jak pociąg nabiera pędu, jak koła chrzęścić zaczynają na spojeniach szyn w coraz żywszym, coraz żywszym tempie. Jeszcze chwil parę, a już tylko widać było czerwoną latarnię jak wyłupione krwawe oko, na ostatnim wagonie, coraz dalszą, coraz więcej ćmiącą się w ciężkiej, dymem węglowym przesyconej mgle.