Pani Zośka siedziała na kamiennej ławeczce wśród ogrodów zawieszonych na skalistym stoku montecarlijskiego przylądka. Szerokie, mięsiste i kolczate liście agaw strzelały naokoło każdej skalnej szczeliny, wypełnionej urodzajną czerwonawą ziemią, jedna z nich szła w kwiat: olbrzymi, wieloramienny świecznik kwiatostanu jak małe drzewo rysował się subtelnymi liniami na błękicie morza i nieba.

Po ścianie skalnej, tuż nad głową siedzącej, pięły się całym lasem rozgałęzione, kwitnące krzaki pelargonii czerwonej, w dół opadające, cudem jakimś do nadmorskiego wiszaru przyczepione schodki kamienne wiodły do maleńkiego ogródka, wyglądającego z góry jak kosz pełen kwiatów białych, błękitnych, żółtych i różowych. Dalej płoniły się zarośla rododendronu, strzelał gdzieś cyprys, twardo korzeniami w urwistą wbity skałę, wiały na niebie czarne gałęzie pinii, pióropusze palm karłowatych, szeroko rozłożone, palczaste liście nieszpułek.

Pani Zośka, spuściwszy wzrok, patrzyła na morze, tuż u stóp swych poprzez pnącą się poniżej zieleń krzewu widne.

U brzegu woda ciemnogranatowa rozbijała się o podnóże skały wolno, jakby leniwie idącymi falami i ociekała lśniąco białą pianą. Dalej — po toni — w szerokie bruzdy pooranej skakało migotliwe słońce, przewijając się między plamami szafiru, seledynu, srebra i przedziwnej, głębokiej zieleni; dalej znowu, gdzie drobne fale zbyt odległe oku znikały, powierzchnia wód była jakby wygładzona, lśniąca, o zmiennym połysku perłowej macicy, z lekka złotym pyłem przyprószonej. Wlókł się po niej leniwie jakiś mały parostatek, ciężko naładowane galary holujący i zostawiał za sobą ciemniejszą smugę, sierpem na wodę rzuconą i rozchodzącą się wstecz coraz szerzej, jak ogon bajecznego ptaka. Na samym nieboskłonie błyszczały drobniuchne żagle łodzi rybackich, zbliżały się ku sobie z wolna lub znów się rozchodziły, niby jakiś na tempo wieczności obliczony taniec w słonecznych oddalach zawodzące.

A dalej, dalej; jeszcze dalej jakby się morze nieznacznie wznosiło ku górze i bez wyraźnej granicy przechodziło w kopułę nieba ogromną, zrazu srebrzystą, potem modrą, ciemnym błękitem u szczytu około zionącego blaskiem słońca wymalowaną.

Pani Zośka czuła ten jarki, słoneczny blask na spuszczonych powiekach. Miała wrażenie, że promienie przenikają jej lekką suknię, bieliznę i skórę i dostają się w głąb aż do kości, i krążą żyłami w zleniwiałym tętnie po całym ciele, rozlewając po nim słoneczną, błogą, słodką, omdlałość...

Książka osunęła jej się z kolan na ziemię, nie mogła się zdobyć na ruch ręki, aby ją podjąć: trwała w ciszy słonecznej, w gęstym, wonnym, upajającym powietrzu, zatraciwszy prawie poczucie miejsca i czasu...

Ocknęła się dopiero na szelest jakiś. Przechodził po ścieżce przed nią młody człowiek w białym flanelowym ubraniu, skłonił jej się i znikł na zakręcie ścieżki. Słyszała za parę chwil kroki jego skrzypiące po żwirze tuż nad swoją głową.

Automatycznie i niechętnie schyliła się, aby podnieść książkę. Wypadł z niej list jeszcze nieotwarty. Wzięła go w rękę. Coś jak blady uśmiech przemknął po jej wargach.

— Mietek...