Rozerwała z wolna i niedbale kopertę, rzucając strzępy papieru na ziemię. Nim list jednak wzniosła do oczu, zawahała się na moment.

— Ach, Boże... jeśli znowu pisze co niemiłego — rzekła prawie głośno, marszcząc doskonałe łuki brwi. Ręka z listem opadła jej bezwładnie na kolana.

— Czy ja go kocham? — myślała, patrząc na dalekie morze. — Chyba tak. Przecież nie kochałam nikogo innego. Ale może ja w ogóle nikogo jeszcze nie kochałam?...

Spojrzenie jej oczu zmąciło się, rysy twarzy zastygły w twardym i boleściwym wyrazie.

Poczęła przywoływać na pamięć wszystkich ludzi, których znała, lubiła, z którymi niegdyś bawiła się dobrze. Od lat dziecinnych. Braci swoich koleżanek, młodych synów sąsiadów na wsi, kolegów z ławy uniwersyteckiej, ludzi spotykanych na zabawie, w salonach, podróży, w domu... Ta lub owa postać mignęła przed nią w barwach żywych, przypomniał jej się jakiś moment oszałamiającego w piersi uczucia, jakaś chwila słodkiej we wspomnieniach rozmowy we dwoje, konna przejażdżka, uścisk dłoni, uśmiech, spojrzenie... I nic. Nie było nikogo, komu by się pragnęła kiedykolwiek oddać na śmierć i życie, nikogo, kto by pozostał w jej pamięci trwale i żywy, nie była nigdy niczyją — nawet w myślach — i nie chciała niczyją być. Wszystkie postacie pamięcią wywołane przewijały się przed nią jak mary bezkrwiste i znikały gdzieś w szarym, obojętnym pomroku duszy.

Drgnęła przerażona. Z tym korowodem cieniów szedł przed nią i mąż jej jak inni daleki, jak inni obojętny, choć to przecie był ojciec jej dziecka, jedyny człowiek, któremu się oddała, z którym żyła szereg lat, któremu ongi powiedziała pierwsza, że go kocha.

— No tak! — krzyknęła głośno — ale ja przecież nie chciałam, aby się ze mną żenił! Po co on to zrobił? Czemu mnie do tego nakłonił!?

Uczucie strasznej krzywdy zdławiło jej krtań. Bezradnie chwyciła się rękami za skronie. Teraz dopiero miała wrażenie, że stało się coś nieodwołalnego, czego nie powinno było być, że popełniła potworną omyłkę, nie przez to nawet, że wzięła tego człowieka, ale że w ogóle komukolwiek wziąć się pozwoliła, kładąc w ten sposób dobrowolnie jakąś nieprzekraczalną tamę swojemu życiu. Życiu... Jakiemu życiu?

— Gdybym ja chociaż żyła — szeptała do siebie kurczącymi się do płaczu wargami — gdybym ja wiedziała przynajmniej, jak życie, jak to moje życie, które mnie ominęło, wygląda i czego ja od niego chcę?

Nic i nic. Uczucie pustki, codzienności, szarzyzny, brak jakiejkolwiek drogi wytkniętej i rozumnej, nieświadomość celu, nieokreśloność pragnień, niemożność nawet wypróbowania swoich sił... i obłędna, potworna, żrąca tęsknota za czymś, co miało być? Być mogło czy było powinno?