Rozpłakała się gwałtownie i spazmatycznie. A równocześnie całym wysiłkiem woli pragnęła płacz powstrzymać. Włożyła zagięte palce do ust i zaczęła je gryźć młodymi, białymi, zdrowymi zębami, aż ból w stawach poczuła.
— O co ja płaczę? — powtarzała sobie. — Ach Boże! O cóż ja płaczę właściwie...?
Po niejakim czasie uspokoiła się nieco. Wyjęła z torebki lusterko i zaczęła porządkować włosy na skroniach, po czym lekko przyprószyła pudrem zaczerwienione powieki i nos..
Wzięła list męża i zaczęła go czytać z wyrazem twardej rezygnacji w wilgotnych prawie, oczach.
Na kartce wydartej z notesu ołówkiem pisała na kolanie odpowiedź do męża:
„Mój biedny, drogi Mietku, napiszę Ci tak po prostu: lepiej do mnie nie przyjeżdżaj. Gdybym wiedziała, że chcesz przyjechać dla siebie, że się tu będziesz cieszył słońcem, morzem i kwiatami, nie wahałabym się ani chwili, owszem rada bym była widzieć Cię przy sobie wesołym i spokojnym. Ale ja wiem, że to tak nie będzie. Chcesz przyjechać do mnie. Przyjedziesz z powziętym z góry życzeniem, żebyś mnie zastał taką a taką, jak sobie wyobrażasz, jaką i mnie chcesz mieć: wesołą, dobrą, spokojną... A ja nie wiem, czy taka będę, czy potrafię być. I wtedy — zamiast sielanki, o której tak poetycznie piszesz — zacznie się co innego: Ty już wiesz! Będziesz mi robił wyrzuty, będziesz mnie męczył, a ja bym tego już w tej chwili znieść nie zdołała. I sam się będziesz męczył także. Lepiej pozostać w Krakowie albo, gdy chcesz koniecznie wyjechać, to zawieź Jacusia do babki na wieś i jedź sam, ale nie tutaj, gdzie ja jestem.
Nie gniewaj się na mnie, ja doprawdy dobrze radzę, dla nas obojga. Za parę tygodni będę może spokojniejsza i wróciwszy do domu, spróbuję nie drażnić Cię niczym. Teraz jeszcze muszę być sama chociażby tylko dlatego, aby przyjść do porządku z własnymi myślami...”
W Cafe de Paris było pełno. Dochodziła jedenasta przed południem, godzina, o której w kasynie otwierają się salony gry, mnóstwo ludzi niecierpliwych czekało już przed szerokimi schodami wspaniałego, po parweniuszowsku ozdobami przeładowanego budynku, aby wejść rychło jeno drzwi otworzą i zająć co lepsze, wczoraj przez wygrywających zajęte, a więc dziś szczęśliwe miejsca przy stołach... Inni, więcej cierpliwi, nie na tyle jednak, aby w domu tę uroczystą godzinę otwarcia tam dla złotego potoku przebyć, siedzieli naprzeciw w obszernym pawilonie Kawiarni Paryskiej i na dworze, pod jesiennym, ciepłem i pogodnym niebem. Dostojni, raczej na dyplomatów europejskich wyglądający, garsoni w czarnych kurtkach i białych do stóp sięgających fartuchach roznosili z godnością po angielsku przyrządzoną czarną herbatę i vermuth.