Pani Zośka przyszedłszy, usiadła na dworze tuż przy balustradzie kawiarni. Mieszając bez myśli łyżeczką herbatę, patrzyła obojętnym, roztargnionym wzrokiem na jakiegoś niby Araba w podejrzanej czystości burnusie40, który jej usiłował sprzedać lichy paryski szal, wmawiając w nią41, że jest to towar wprost z Algieru czy Tunisu pochodzący. Dał wreszcie za wygraną i odszedł, przypuściwszy snać, że dama owa albo jest głucha, albo też po prostu po francusku nie rozumie, kiedy, oka z niego nie spuszczając, najmniejszym drgnieniem, twarzy nie daje poznać, aby słyszała i zrozumiała to, co się do niej mówi...

Nagle, jak gdyby dreszcz elektryczny przebiegł po siedzących wokół ludziach. Drzwi do kasyna otwarto. Fala czekająca przed schodami poczęła płynąć w górę, w kawiarni wstawano od stolików, płacąc szybko garsonom niewydającym dla pośpiechu reszty, w chwil kilka wyludniło się niemal zupełnie.

Dwie kokoty, wstawszy znać raniej niż zwykle, weszły do kawiarni i usiadły w pobliżu Butrymowej. Patrzyła na nie z zajęciem. Nie były młode. Jedna lat może czterdziestu, silna brunetka o męskim wyglądzie z małym czarnym wąsikiem nad niewymalowanymi ustami w ogorzałej twarzy, miała lekki pilśniowy kapelusz na włosach zaczesanych w bok na jedną skroń i kostium ciemny, krojem męski ubiór przypominający. Z papierosem w ustach rozglądała się wkoło i co chwilę ze śmiechem rzucała towarzyszce jakieś zdanie. Ta, dobrze już siwiejąca i niestarająca się zamaskować swego wieku, z wytwornymi o dawnej piękności świadczącymi rysami, pełnymi jeszcze dziś miękkiego kobiecego wdzięku, patrzyła na nią miłośnie ogromnymi oczyma i korzystała z każdej sposobności, aby na silnej ręce jej położyć pieszczotliwie dłoń swoją gładką, smukłą, ciężkimi pierścieniami na każdym palcu strojną.

Kilku młodych ludzi, przechodząc, pozdrawiało te damy, odpowiadały lekkim, pełnym godności skinieniem głowy.

Butrymowa patrzyła na nie z coraz żywszym zajęciem. Miała wrażenie, że widzi przed sobą wrota do jakiegoś nieznanego sobie, a zaciekawiającego ją świata. Wyobrażała sobie mimo woli dnie i noce szalone, w jarzącym świetle przy dźwięku kryształowych kieliszków szampańskich spędzane, radość bujną i huczną, niczym nieskrępowaną i wyzywającą świat swobodę. Przyszło jej na myśl, że te kobiety nikomu nie podlegają, lecz owszem biorą sobie same kogo chcą i opuszczają go nazajutrz czy za kilka dni, bez troski, bez żalu, bez obowiązków, niezwiązane ani względami towarzystwa, ani rodziną, ani czyjąś, ciążącą czasem jak kamień, miłością, którą się powinno — och! straszne słowo! — powinno odwzajemniać...

— Przeciwnie, one nie kochają nikogo — myślała z budzącym się w piersi uczuciem, podobnym niemal do zazdrości.

Młodsza z kobiet — z męskim nad kuszącymi ustami wąsikiem — zauważyła również Butrymową i zwróciła na nią czarne, palące oczy.

Pani Zośka uczuła, że robi jej się mdło i słabo pod tym niepokojącym ją spojrzeniem. Uderzyło ją nagłe gorąco w skronie, w piersi brakło jej oddechu, nogi kurczowo drżeć zaczęły. Słodka omdlałość i równocześnie przestrach niewytłumaczony, chciała się odruchowo zerwać i uciekać, nie czując do tego siły...

Ktoś jej się kłaniał.

Spojrzała i zerwała się z nienaturalnym ożywieniem.