— Pani chodzi czasami, jak gdyby naprawdę stopami ziemi nie dotykała!

Odwróciła się ku niemu z powabnym uśmiechem.

— Czy tylko czasami?

— Jeśli mam być rzeczowym, to tak. I to jest właśnie takie nadzwyczajne, że nie jest pani zawsze jednakowa. Są dni, a może nawet godziny w dniach, kiedy pani przemienia się cała i zaczyna promienieć życiem, lekkością, swobodą...

Konie były już gotowe. Dostrzegłszy z dala powóz, pobiegła żywo ku niemu, nie czekając na towarzysza. Ale i on zaczął biec za nią. Spostrzegła to i zaśmiała się.

— Kto prędzej! — zawołała.

Puścili się oboje pędem przez aleje palmowego ogrodu ku niesłychanemu zdumieniu i zgorszeniu przechodniów, szybko z drogi ustępujących.

Dopadli celu prawie równocześnie.

— Ja pierwsza — mówiła zdyszana, wskakując na stopień powozu.

— Znowu i wszędzie — odparł, usiłując jej podać rękę, za późno, gdyż siedziała już wewnątrz.