Nareszcie, gdy konie ruszyły znów wyciągniętego kłusa, Rodriguez nachylił się ku pani Zośce.
— Niech pani ma litość nade mną!
Ruszyła ramionami, wznosząc równocześnie cokolwiek w górę subtelne brewki.
— Czy ja panu co złego zrobiłam?
— Przecież pani widzi, że ja panią... kocham!
Dreszcz łaskotliwy i słodki przebiegł znów całe jej ciało. Przymrużyła nieco powieki.
— I co?
— Zrobię wszystko, co pani zechce! Wszystko! Niech pani tylko powie jedno słowo...
— Muszę powiedzieć po angielsku, bo po francusku mogłaby być dwuznaczność.
— Więc —?