Woźnica zatrzymał się momentalnie.
Wyskoczyła lekko z powozu.
Rodriguez usiłował ją przepraszać. Ręce złożone przycisnął do piersi.
— Senora! Proszę mi darować! Będę jak dziecko posłuszny...
Patrzyła nań przez chwilę jakimś obcym, twardym wzrokiem. Kąciki ust jej zadrgały, jakby do płaczu...
Zaśmiała się nerwowo.
— Och! Drobnostka.
Ruchem ręki kazała zsiąść stangretowi. Ledwie się znalazł na ziemi, wskoczyła zręcznym, lekkim rzutem na kozioł i pochwyciła lejce.
— Proszę wrócić koleją do domu! — krzyknęła zdumionemu woźnicy, rzucającemu złoty pieniądz na rękę — i nim się mógł spostrzec i zaprotestować, zawróciła konie na miejscu, puszczając je wyciągniętym kłusem na powrót w stronę Monte Carlo.
Wiatr ją uderzył w twarz i suszył jej jakieś głupie, całkiem niewytłumaczone łzy, co jej się do oczu cisnęły.