Zatrzęsła się naraz cała.
— Nie, nie! Tego nawet niech pan nie mówi! Wiem, że nie przeżyłabym tego. Ale mógł się był przecież wcale nie narodzić. Nie miałam przed jego przyjściem na świat nigdy tęsknoty do posiadania dziecka... Pod tym względem więcej kobietą jest mój mąż, bo o dziecku marzył zawsze.
— Więc dobrze. Ale czyż pani nie jest zadowolona ze swego małżeństwa? Ma pani przy sobie człowieka dobrego i mądrego, znanego dzisiaj już w całym świecie naukowym...
— Tak, ale mogłabym przecież tak samo znać i lubić go, nie będąc wcale jego żoną. Małżeństwo jest zawsze czymś... nieprzyzwoitym, a przy tym krępującym obie strony... Może by i dlatego lepiej było, gdyby się był nie żenił.
— A, tego niech pani nie mówi! Ja będę bronił małżeństwa. Przecież to jest najcudowniejszy i jedynie możliwy sposób złączenia się i zżycia dwojga ludzi. Kocha się naprawdę tylko kobietę... Widzi pani, to jest tak pogodny dzień po różnych burzach życia, pogodny, jasny, cichy, słoneczny dzień...
Patrzyła nań trochę zdumiona.
— Rzeczywiście jest pan wymowny... Czy aby — zaśmiała się naraz — nie myśli pan sam ożenić się?
Zaczerwienił się mimo woli i skłonił głową.
— Tak, proszę pani.
Było to dla niej tak niespodziewane, że nie wierzyła prawie, iżby mówił poważnie.