Ze znajomymi także niewiele się spotykał. Doktora Krasołuckiego odwiedził dwa czy trzy razy na krótką chwilę, Śniegocki przepadł mu tak, że o istnieniu jego wiedział już tylko z ogłoszenia o wykładach, przybitego na czarnej tablicy w uniwersyteckim przedsionku.

Żył sam i myślał. A myśli jego w dwie rozchodziły się strony, jakby dwie gałęzie jednego drzewa... I ta tylko była różnica, że w jednym kierunku myśli uporczywie zwracał wolą i nie dochodził w nim właściwie do żadnego rezultatu, podczas gdy w drugim same, gdy ich nie pilnował, uciekały i przynosiły mu niespodziewane wyniki, których wcale nie pragnął.

Chciał myśleć o pracy swojej i o nieprzewidzianym wdzierającym się w nią „człowieku z gwiazd”. Oszołomiony początkowo niepojętymi rewelacjami Persa, w miarę jak rzeczy postępowały, nie był rad z tego, co się stało. Przez lata całe wznosił gmach i — mimo chwil zwątpienia i pesymizmu, nachodzących go jak wszystkich zresztą pracowników wielkich myśli — wiedział, że choć wznosi się on powoli, postawiony jest na niewzruszonym fundamencie i zbudowany z cegieł, z których każda osobno zbadana jest, wypróbowana i oceniona. Fantazja, święta fantazja uczonych i proroków, słusznie nazywana natchnieniem, rodzicielka wiedzy i postępu, szła przed jego pracą i pokazywała mu możliwości, ku którym potem krok za krokiem zmierzał, oświetlała mu niespodziewanymi błyskami drogi ukryte i niedostrzegalne mosty nad przepaściami, ale nie mąciła nigdy miarowego kroku jego pochodu, nie podsuwała mu baniek mydlanych ani mgły, miast głazu, którego do budowy potrzebował.

I teraz nagle zmieniło się wszystko. I to jakby przez ironię czy ukrytą zawiść przyrody zdarzyło się jemu, który w Europie całej wśród uczonych miał opinię najbardziej w przypuszczeniach swych śmiałego, lecz w konstrukcji najwięcej i najnieubłaganiej trzeźwego myśliciela!

Oto przyszedł człowiek nieznajomy, który mu naraz przewrócił wszystko do góry nogami. Człowiek, mówiący czasami rzeczy przedziwne i wielkie, czasami śmieszne, ale zawsze nieudowodnione, człowiek żądający dopiero od niego uzasadnienia swoich rojeń czy widzeń niepojętych...

Do czego to wszystko wiedzie? Jaki ma sens? Czy bodaj w czymkolwiek postęp ludzkiej wiedzy oznacza? Wszakże nie o wiarę tutaj chodzi, nie o objawienie, nie o zgadywanie bytu, choćby przypadkowo najtrafniejsze, ale o wiedzę!

Wytężał umysł, aby ten węzeł rozwikłać i zdecydować się nareszcie co ma robić: czy iść na oślep za dziwnym przybyszem, czy też pozbyć się go po prostu jak natręta, co mu nieproszony przyszedł mącić jasną i górną pracę. Złość go zbierała coraz większa, ale w chwilach, kiedy już prawie postanowił powiedzieć Firdussiemu, że nic z nim więcej nie chce mieć do czynienia, przypomniało mu się naraz, że ten człowiek przecież za pierwszym od razu spotkaniem zdołał zajrzeć jasnowidzącym wzrokiem w jego pracę ścisłą i jeszcze dla świata tajemną i — fantasta, obłąkaniec czy szarlatan — wykrył w niej jednak odruchowo czysto mechaniczny a niedostrzegalny błąd, który miał w rezultacie wszystkie dociekania jego wniwecz obrócić! Ten fakt nie ulegał jednak wątpliwości i trzeba się było z nim liczyć.

Rozkładał ręce bezradnie i zaczynał z zawziętym uporem o całej sprawie myśleć na nowo od samego początku, aby w końcu znowu do żadnego mądrego nie dojść wyniku...

To była jedna linia jego myślenia, na której utrzymywał się całym wysiłkiem woli. W drugą za to stronę myśli jego niejako własnym ciężarem spadały...

Gdy wracał wieczorem do domu, odwiedzał zazwyczaj śpiącego już synka, i przypatrzywszy się jego jasnej, cichej, spokojnie na poduszce złożonej główce, szedł do swego pokoju niby z zamiarem pisania jakichś listów lub przeczytania książki, mającej go oderwać od całodziennego zajęcia. Ale na biurku leżał od szeregu dni ostatni list żony. Ołówkiem napisana mała kartka wydarta z notesu.