„...powiem Ci tak otwarcie, lepiej nie przyjeżdżaj do mnie wcale...”
Słowa te nieodmiennie wpadały mu w oko, ilekroć tylko usiadł przy biurku i wywoływały niedające się już powstrzymać skojarzenia. Nie był podejrzliwy i ani na chwilę nie przypuszczał, aby żona jego miała przed nim coś do ukrycia i dlatego obawiała się jego obecności. Nie, nie! Taka myśl nawet przez sen nie postała mu w głowie. A jednak prawie żałował tego.
Zdawało mu się bowiem, że takie podejrzenie byłoby mniej nieznośne, niż to, co czuł. Wówczas byłoby coś, z czym by mógł walczyć, czemu by się mógł przeciwstawić, przed czym by wreszcie mógł bronić siebie i tego, co mu się szczęściem wydawało. Tymczasem zaś czuł tylko, że jest źle. Czuł, że żona po prostu odchodzi od niego, nie fizycznie, ale moralnie, że staje mu się z każdym dniem dalsza i to z nieznanych mu przyczyn, którym przeto on przeciwdziałać nie może.
Zepsuło się coś i obawiał się, że się to już naprawić nie da, choć pragnął tego tak strasznie, że czasem aż wstyd mu było swego pragnienia i swojej — jakby postronny widz nazwał — słabości.
A właściwie, czy się zepsuło? Czy nie było raczej źle od początku, jeno54 on tego tak jasno nie widział, jak teraz?
Przebiegał w pamięci historię całego swego małżeństwa od pierwszych dni aż po czasy ostatnie.
Z początku...
Tak, z początku miał był wrażenie, że to on jest właściwie kochany przez tę dziewczynę, którą był wziął, żywą umysłem i pełną tęsknot nieokreślonych, zaufaną w sobie i rzucającą się w życie na oślep, a naprawdę tak strasznie życia nieznającą i taką bezradną. Miał dla niej wówczas coś z pobłażliwego, głębokiego uczucia brata starszego czy opiekuna... Chciał ją prowadzić, nauczać, stworzyć sobie w niej towarzyszkę i przyjaciela.
Może to tutaj właśnie leżał błąd?
Wszakże przypomina sobie jak później — o! znacznie później — rzuciła mu raz w jakimś nagłym rozdrażnieniu: Tyś mnie właściwie nigdy nie kochał! Byłam młoda i piękna i warta miłości, a tyś dla mnie nigdy nie oszalał!