— Oj, siostro, nie przynudzaj! Nie jesteś panią w szkole.
— Czekaj, czy to nie nasz przystanek? E, nie, jakiś inny.
Tramwaj jechał szybko, podzwaniając, coraz to przyjmując i wypuszczając nielicznych pasażerów.
Za oknem ciągnęły się rzędy nowych bloków, ulica stawała się teraz szersza. Minęli jakiś park, ogrodzony ozdobnym parkanem.
Potem wielkie pojedyncze gmachy otoczone zielenią. Potem cmentarz, cichy i zasnuty śniegiem. Wreszcie tramwaj zatoczył łuk i zatrzymał się w niewielkim sosnowym lasku.
Motorniczy wyszedł ze swojej kabinki i rozprostował ramiona, aż trzasnęło mu w kościach.
— Koniec trasy! — oznajmił. Wyskoczył z wagonu zniknął w lasku.
Antek i Agnieszka spojrzeli na siebie i wybuchnęli Śmiechem.
— Ale jesteśmy gapy!
— Przejechaliśmy nasz przystanek!