„Dobrze — myślała sobie — że pochodziłam trochę na kółko biologiczne w zeszłym roku. Okazuje się, że wszystko może się człowiekowi przydać w życiu...”
Podeszła potem do klatki z chomikiem, który wyrwany ze snu pracowicie usiłował przepiłować zębami metalową siatkę swego pomieszczenia.
— Ja skończyłem! — zawołał Antek.
— To chodź, potrzymasz mi chomcia, a ja mu tymczasem sprzątnę.
— Chachachuchi! — zaśmiał się po chwili Antek, zwijając się i podskakując, bo chomik wtargnął mu do rękawa i rozpoczął swoją ulubioną podróż tunelem, łaskocząc Antka maleńkimi łapkami.
Pies plątał się im pod nogami i poszczekiwał, chcąc przyłączyć się do zabawy.
Wielki ptak, stojący na szczycie budowli z klatek, zakołysał się nagle i pochylił dziób, jakby chciał zamierzyć się na szczeniaka. Aga podskoczyła, chcąc go osłonić, lecz ptak znowu zamarł w bezruchu.
— Ten jest wypchany — uspokoił ją Antek. — On się tylko kiwa, kiedy się chodzi.
— Masz rację. To chyba czapla. A ja już się zlękłam, że będzie jakaś bójka.
— A ten? Tego też będziemy karmić? — spytał Antek, wskazując na sporej wielkości szarego węża, który drzemał, pozwijany w misterne supły i tylko od czasu do czasu jakimś niedostrzegalnym prawie ruchem dawał znak, że on wcale nie jest wypchany.