— Nie tak, że całkiem się wstrzyma! Tylko gadali, że inny jakiś się staje. O tym to nawet w telewizorach mówią. Ale kto by tam wyrozumiał wszystkie tajemnice świata i zaświata! U nas, pod Biłgorajem, jeden taki był, co go Błędnice powiodły! Dzieckiem poszedł, a nim wrócił, siwa broda mu urosła!
Antek błyskawicznym ruchem uniósł rękę do podbródka i cichaczem przejechał po nim palcami. Ale zaraz się uspokoił, bo nie znalazł tam na razie ani jednego włoska.
— Żeby wrócić jednak, trzeba jakieś rozkazania spełnić... Ale jakie to były? Nie pamiętam...
I nagle plasnęła się dłonią w czoło.
— Będzie, będzie! — zawołała. — Już się nie martwcie!
Zerwała się ze stołka i w pośpiechu zaczęła przetrząsać szuflady kredensu. Z jednej z nich, spod kłębków sznurka, spod korków i zardzewiałych kluczy wyciągnęła zeszyt. Czarny, gruby, wystrzępiony po brzegach, z pozawijanymi oślimi uszami, cały w tłustych smugach i plamach. Było w nim wiele kartek luźno włożonych, powklejane jakieś wycinki z gazety, ręczne zapiski, a nawet rozprostowane, wygładzone prostokąciki sreberka z jakichś papierosów czy czekolad.
— Całą tę szufladę — powiedziała z triumfem i z oburzeniem — pan mi chciał przy przeprowadzce wyrzucać! A ile tu mądrości i potrzebności mieszka!
Usiadła z powrotem, wyciągnęła okulary i osadziła na nosie, pośliniła palec i powoli, z namaszczeniem zaczęła przewracać kartki.
— Szczupak faszerowany... lin w śmietanie... dobre to rzeczy, tylko mi teraz takie ryby dajcie — zamyśliła się smętnie.
Pies zwinął się w kłębek na dywaniku i zapadł w sen, powarkując, popiskując od czasu do czasu i przebierając łapami, jakby pędził gdzieś we śnie.