Znajdowali się w jakiejś furgonetce, która wiozła ich przez zaśnieżony krajobraz. Wokół rozciągały się góry i pagóry, okryte na szczytach czarną sierścią lasu, a na stokach — białymi prześcieradłami śniegu. Ponad góry gramoliło się właśnie ogromne, pyzate i błyszczące słońce, wysuwając na wszystkie strony drgające, kłujące i ostre jak miedziane druciki promienie.

— Nie śpicie już, brygada? — odezwał się od przodu kierowca. — Zbierajcie się, bo zaraz wasza stacja!

— A skąd myśmy się tu wzięli? — zapytała nieprzytomnie Agnieszka, która właśnie także się obudziła. — My pana wcale nie znamy!

— Znalazłem was w swoim wozie, to i zabrałem ze sobą! — powiedział kierowca wesoło. — Co w wozie — to kierowcy! Oj, śpiochy nieprzytomne! — dodał zaraz, ujrzawszy widać przez wsteczne lusterko ich zdumione twarze. — Mundek mi was przecie podrzucił! Przyszedłem na trzecią w nocy do bazy, a tu Mundek siedzi z mechanikiem, w cztery wichry przeklina, skrzynię biegów naprawia. Powiedział, że trzeba was wieźć do Błędnicy.

„Masz tam — mówi do mnie — w samochodzie jakieś dzieciaczyny, co do Błędnicy jadą, pewnie na ferie. Weź je, bo ci to po drodze. Wiem, bo to moje strony. Sam je miałem podrzucić, ale ta moja stara kobyła całkiem mi się rozsypała”. Jak zawieźć! Nie budziłem was, boście tak dobrze spali. Mundek was sam kocami przykrył, żebyście nie zmarzli.

Zatrzymał wóz na skraju szosy.

— No to wysiadać, wiara! Do samej wioski was nie dowiozę, za dużo tu śniegu leży w tej bocznej drodze. Przejdziecie się po słoneczku, na przełaj, pod las — wskazał ręką na lewo od szosy — to się lepiej obudzicie!

Antek i Agnieszka, rozziewani jeszcze i półprzytomni, wyplątali się z koców i posłusznie wysiedli z samochodu.

— Wesołych ferii! — pomachał im kierowca i odjechał.

Patrzyli, jak mikrobusik oddala się w słońcu, rzucając im jeszcze raz po raz wesołe błyski z tylnej szyby. Trzęsło ich z zimna i rozespania.