— Nie, to już lepiej chodźmy do tej Błędnicy! Jeśli ona się tak nazywa, to może tam będzie dla nas wiadomość?
W kierunku wskazanym przez kierowcę biegła pośród zasp wąska ścieżka, przetarta śladami sanek i nart, wydeptana ludzkimi butami.
Ruszyli tą ścieżką. Szli powoli. Słońce podnosiło się coraz wyżej i wyżej, a że ścieżka też podchodziła coraz wyżej i wyżej, więc zaraz przestało im być zimno. Poczuli się nawet, mimo grudniowego dnia, całkiem wiosennie. Rozpięli kurtki, pozdejmowali czapki, rozluźnili szaliki i zaczęli walić się śniegiem, który podtajał trochę na słońcu i dawał się lepić w niezłe nawet kule.
— Więc ten sposób z chodzeniem do tyłu okazał się jednak nieskuteczny! — wołał Antek, rzucając kulą w Agę.
— Skąd wiesz? — odkrzyknęła, uchylając się zręcznie.
— Przecież przerwaliśmy jazdę tyłem, a potem znów jechaliśmy naprzód! — dodała, schylając się po porcję śniegu.
— Racja! — Antek znów walnął kulą i tym razem trafił siostrę w nogę.
— A masz! — krzyknęła Aga uderzając celnie, tak że pacyna śniegu rozprysła się na szyi Antka.
— Och, ty! — oburzył się i zaczął wytrzepywać śnieg spod kurtki. — A może powinniśmy teraz iść tyłem? — I odwrócił się na pięcie.
Po kilku krokach stąpnął nogą obok ścieżki i już leżał zanurzony głęboko w śnieg. Podniósł się i zawołał: