— Ja tę piosenkę przerabiam! I uaktualniam! Z letniej na zimową! — zawołała Agnieszka. — Będzie tak:
Już nie można zwlekać dłużej,
bo zakwitły śnieżne kurze.
A gdy śnieg się w górę wzbi-ja!
To jest znak dla włóczy-ki-ja!
Tak wyśpiewując, brnęli pod górę w śniegu, który uginał się pod nogami, pękał, kruszył się, właził do nogawek spodni i butów.
Nagle góra urwała się gwałtownie i oboje, łapiąc się za ręce, zjechali na brzuchach w dół. Ale tylko trochę, bo zaraz z rozmachem wbili się w niższy, następny pagór.
Ze zdumieniem ujrzeli, że znajdują się na podwórzu wiejskiego gospodarstwa. Przytulone do stoku, zawiane od wierzchu śniegiem, było ono z góry prawie niewidoczne.
Ledwie zdążyli podnieść się na nogi i rozejrzeć dookoła, gdy wezwało ich energiczne łomotanie w szybę. W oknie domu zjawiła się czyjaś twarz, a raptowne gesty ręki przywoływały ich do środka.
Zaraz za progiem czekała na nich kobieta gruba, niemłoda, rumiana. Jej zafrasowana twarz rozjaśniła się uśmiechem ulgi na widok przybyszów.