— Chodźcie, chodźcie, dzieciaki! Z niebaście mi spadły! Robotników mi potrzeba, i to prędkich, bo sama nie poradzę. Dziecko się nam tutaj rodzi!

Przesunęła ręką po czole, zostawiając tam czarną kreskę sadzy.

— Rozbieraj się, dziewczynko, a ty, chłopcze, leć do tej, o — pokazała palcem przez okno — komórki i tyle drzewa przynoś, ile udźwigniesz! Ze trzy razy obróć!

W głosie jej, choć niedonośnym, było tyle siły, co w generalskiej komendzie, wysyłającej do walki żołnierzy. Toteż Antek zawrócił zaraz, bez protestów i pytań, i pobiegł przez podwórze w stronę komórki.

Rozdział VII

— Chłop jej... po choinkę pojechał, samą ją zostawił, a tu dzieciak na świat już puka! — mówiła kobieta, szykując palenisko i układając w nim drobne szczapki. — Ale ja to chyba radar mam w sobie albo krótkofalówkę jakąś... Wolne dzisiaj miałam i myślę tak właśnie — przebiegnę się, zajrzę, co tam u Joaśki słychać? W samą ostatnią porę zdążyłam! Miał się dzieciak rodzić za kilka dni dopiero... A tymczasem już dziś mu pilno, no i co poradzisz? A w domu zimno, woda niezagrzana, nic nie gotowe! Idę, Joaśka, lecę do ciebie! Rozpalaj tu dalej, a jak ogień rozhajcujesz, garnki i czajniki na płycie nastaw, ile tylko ich znajdziesz! — rozkazała Agnieszce i zniknęła za drzwiami izby.

Agnieszka przykucnęła przed paleniskiem i dmuchała w nikły płomyk, aż buchnął jasno i czerwono. Nigdy tego nie robiła, miała doświadczenia tylko z ogniskiem, ale teraz udało się jakoś. Rozejrzała się po kuchni za wodą. Był zlew! A w szafce pod nim muszą być garnki! Były. Odkręciła kran, zaczęła nalewać wodę i ustawiać garnki na płycie.

Przybiegł Antek i zrzucił do koszyka kolejne naręcze drewna.

— Chodźcie tu, chodźcie! — zawołała z pokoju kobieta.

Stanęli oboje w progu. W pokoju, jasnym i czystym, leżała na posłaniu druga kobieta, ciemnowłosa i młoda. Wielki jej brzuch sterczał pod szlafrokiem jak arbuz. Czoło miała lśniące od wilgoci, mokre kosmyki włosów pozlepiały się na głowie. Oddychała ciężko i głęboko.