Na twarzy jej malowała się powaga i skupienie, jak u człowieka, który stoi przed wąską i chwiejną kładką przerzuconą nad urwistym jarem i oblicza swe siły, stawiając pierwszy krok.
Mimo to uśmiechnęła się do nich i wyszeptała:
— Taki kłopot... a miałam jechać do szpitala za tydzień...
— Proszę pani! — wymyślił od razu Antek. — To najlepiej zawezwać helikopter sanitarny!
— O, mój mądralo kochany! — parsknęła starsza kobieta. — Żebyś ty miał skrzydła, tobyś po ten helikopter poleciał! Albo chociaż do telefonu, bo i do niego jest ze cztery kilometry przez śniegi, że ani koń nie przejedzie! Czasu już na to nie starczy. Nie bój się! Bo to się mało dzieci urodziło na świecie, zanim helikoptery wymyślili? A nawet i szpitale.
Antek obraził się trochę, ale nie zdążył nic odpowiedzieć, bo oto w drewnianym łóżeczku, stojącym pod oknem, coś się poruszyło, zaszamotało. Znad pościeli uniosła się czarna łepetyna, a potem reszta małego człowieka w porozciąganych śpiochach. Poddźwignął się na nogi łapiąc za barierkę i wrzasnął:
— Mama, tata, wstać!
— Patrz, chłopcze! Robota dla ciebie się obudziła — powiedziała starsza kobieta. — Weź małego do kuchni, bułką i mlekiem nakarm i zabawiaj, jak umiesz, żeby nie płakał i nam tu nie przeszkadzał! A do pieca dokładaj, drzewa i węgla nie żałuj!
Antek podszedł do dziecka i wyciągnął do niego ręce. Malec w odpowiedzi wyciągnął swoje, a gdy Antek podniósł go z łóżeczka, wczepił mu się pięściami w sweter. Tak połączeni wyszli obaj do kuchni.
Kobieta tymczasem krzątała się po pokoju, szybko i zręcznie jak w tańcu, wyciągała z szafy bieliznę, stosy pieluszek, paczkę ligniny, watę, przetrząsała półeczkę z lekarstwami, coraz to rzucając leżącej w łóżku jakieś pytania: