— Dziewczyno, pieluszkę mi podaj! Rozłożoną! Biegnij po nożyczki do kuchni! Na pieluszkę je wyjmij, ręką nie dotykaj!

Pobiegła więc Agnieszka do kuchni. Antek z małym Jasiem siedzieli tam zgodnie przy kuchennym stołku. Antek rysował małemu na jakichś kartkach ze starego zeszytu swoje ukochane samochody i samoloty. Jasio, pogadując coś wesoło, oglądał obrazki, a potem gniótł je w garści, rzucał na podłogę i domagał się nowych. Nie zwrócili na nią większej uwagi.

Piec kuchenny buchał jednak żarem, ogrzewając za pomocą skomplikowanego systemu rurek i kaloryferów całe mieszkanie. Znaczyło to, że Antek mimo zabawy pamiętał o swych obowiązkach palacza.

Agnieszka ostrożnie odlewała gotującą wodę z garnuszka i wydobywała z niego nożyczki i białe tasiemki.

Więc to było tak? Tak wyglądała ta największa w świecie tajemnica? Pamiętała przecież, jak mama chodziła z dużym brzuchem, jak zniknęła którejś nocy z domu, a po kilku dniach wróciła ze szpitala z małym, śmiesznym, nieporadnym braciszkiem. Z tego małego berbecia, tłustego, różowiutkiego, który płakał po nocach i ciągle domagał się jakichś rumianków, soczków, przewijania i innych obrządków, wyrósł pomału taki brat, jakiego ma. Przemądrzały, czasem trochę rozkapryszony, ale najlepszy, najwierniejszy, najbliższy towarzysz wszystkich domowych poczynań.

Lecz sam jego początek odbył się gdzieś za czerwonym murem szpitala i wydawał się tak odgrodzony od niej, że nigdy nie zastanawiała się nad nim dokładnie. Tak jak nie zastanawia się człowiek, skąd ma wodę w kranie albo obraz w telewizorze — myślała, niosąc potrzebne rzeczy do pokoju.

Usłyszała niegłośny okrzyk młodej, ale nie był to krzyk ani rozpaczy, ani strachu, ani wielkiego wysilenia. Położna, pochylona nad łóżkiem, podtrzymywała dłonią maleńką, czarnowłosą główkę, która właśnie wydostała się z brzucha matki. Delikatnymi ruchami dłoni przekręciła główkę w bok.

Teraz za główką ukazało się ramię. Jeszcze jeden moment i urodzone dziecko leżało między nogami kobiety.

Mały, skurczony, czerwonoskóry krasnal z zafrasowaną miną staruszka.

Z samego środka brzucha wyrastała brunatna łodyżka, którą, jak owoc gałęzią, przyczepiony był do matki.