Noworodek poruszył rączkami, otworzył buzię i zakrzyczał.
— No i witaj na tym świecie! — wyrzekła położna głosem pełnym radosnej powagi.
„Jeśli popatrzysz do wnętrza białego strąka młodziutkiej fasoli, jeśli otworzysz młodą kulkę kasztana, w której tkwi niedojrzały jeszcze owoc — niezbrązowiały, z łatkami bieli, jeśli zajrzysz do pąka makowego kwiatu, co nie zdążył jeszcze rozwinąć się sam, i zobaczysz jego stulone ciasno, pokurczone na razie płatki, które nie miały czasu wyprostować się i rozprężyć...
Jeśli pomnożysz to, co wtedy czujesz przez tysiąc i stokroć tysięcy — możesz sobie wyobrazić to, co ja czuję teraz”.
Tak myślała Agnieszka, przyglądając się w cichym podziwie.
— Córka? — odezwała się młoda kobieta z nadzieją w głosie.
— Córkę masz, Joaśka! Piękną zdrową jak orzech! — odrzekła położna i uniosła dziecko na rękach w górę, aby matka mogła je zobaczyć.
Dała też Agnieszce znak, i ta pochyliła się nad Joaśką, aby kawałkiem chłodnej waty zetrzeć strugi potu z jej czoła.
Kobieta uśmiechnęła się radośnie.
— To dobrze, że córka — powiedziała — to dobrze.