Agnieszka widziała nieraz w telewizji twarze zawodników, którzy wyprzedziwszy groźnych rywali, pierwsi wpadli na metę. I takich, którym udało się skoczyć najwyżej albo najdalej ze wszystkich. Widziała uczonych, którzy opowiadali o swym nadzwyczajnym odkryciu... Żeglarza, który zwycięsko przepłynął przez wszystkie morza w samotnej łódce...

Ale takiej twarzy, tak pełnej szczęścia, tak radosnej, promiennej — nie widziała jeszcze nigdy.

Sama zresztą także czuła w środku wielką i spokojną radość, która grzała jak elektryczna poduszka.

— Zuch z ciebie, Joaśka! — powiedziała położna. — Żeby wszystkie tak rodziły! Podaj teraz nożyczki — wyciągnęła rękę do Agi.

Ujęła nożyczki i jednym zręcznym ciachnięciem odcięła łodyżkę sterczącą z brzucha dziecka.

To, co zostawiła przy brzuszku, obwiązała mocno tasiemką i obmalowała fioletową plamą z gencjany.

— Gazę podaj — zażądała od Agi.

Założyła dziecku opatrunek na pępek, a ono znowu zapłakało, krzywiąc się niemiłosiernie.

— Nie podoba ci się na tym świecie? — zagadnęła położna. — Ale i tak już nie wrócisz z powrotem, skądeś przyszła!

Przeniosła dziecko na stół i zręcznie poowijała w pieluszki i kocyk, przygotowane tutaj przez Agę.