— Teraz jej popilnuj — powiedziała — patrz cały czas na nią. Później ją wykąpiemy, a teraz jeszcze matką muszę się zająć.
Śnieg za oknem zdążył już zszarzeć, zmatowieć i przestały strzelać z niego słoneczne błyski.
Położna z pomocą Agnieszki kończyły robić porządki wokół matki i jej nowiuteńkiej córki, kiedy jakiś cień przemknął za oknem, łomotnęły jedne i drugie drzwi. Do izby wskoczył młody mężczyzna w kożuchu, chwytając w biegu na ręce drepczącego za nim Jasia.
— Co się dzieje?! Joaśka! To... już?
— Widzi pan, panie Waldku, jak to nie trzeba kobiety samej w domu zostawiać? Wracasz, a tu już masz dwie baby zamiast jednej — dużą i małą, a do tego gości chmara! Córkę masz, gospodarzu! Wszystkim tu obecnym dziękuj, że szczęśliwie na świat przybyła! Kożuch zrzucaj, przebierz się czysto i umyj, a pozwolimy ci podejść do nich.
Potem wyciągnęła Agnieszkę do kuchni.
— Zostaw ich, niech się sobą nacieszą! — i zaczęła szykować się do wyjścia.
— Pani już idzie? To i my też z panią! — zawołali Antek i Agnieszka z wielkim i nagłym pośpiechem.
— Ja muszę jeszcze dla tego dziecka lekarstwo do oczu i inne tam rzeczy przywieźć! Pójdę i wrócę! A wam dokąd tak spieszno? Zostańcie tu na noc, gospodarze chętnie was ugoszczą!
Ale oni nic sobie nie robili z namów i zaproszeń. Na próżno rozradowany gospodarz proponował im nocleg w małej, mrocznej alkowie, wypełnionej prawie po brzegi niebotyczną pierzyną.