Wybiegli oboje na chrupiący, szklisty śnieg. Musieli pójść! Musieli wracać i bardzo się spieszyć.

Położna już stała przed domem i ze zdumieniem zobaczyli, że przypina sobie do nóg narty.

— Pani to chyba wszystko na świecie umie! — powiedział Antek w najwyższym podziwie.

— A gdzie tam wszystko! — zaśmiała się — tyle, co życie nauczyło. Ale dzisiaj tom się naprawdę dobrze spisała, a wy też razem ze mną. Oni to jeszcze u nas nowi, miastowi! — pokazała ręką na chatę. — Weterynarz on jest, a ona w szkole uczyć będzie — powiedziała.

— No, bywajcie, dzieciaki! Ja tutaj zjeżdżam w dolinę, a wam pewnie w drugą stronę, do szosy trzeba!

Odepchnęła się kijkami i pojechała szybko w dół. A oni podreptali tą samą ścieżką, którą przyszli tu rano.

Nie było teraz żadnego śladu słońca. Wisiały im nad głowami ciężkie, zawiesiste chmury, z których zaczynał sączyć się śnieg, najpierw drobny, a potem coraz obfitszy, mokry, lepiący.

Ale oni szli, nie zważając na to wcale. Szli przez ogromne, puste, śnieżne pole. Szli, bo zamiast tych dwóch pochylonych czule ku sobie twarzy, które pozostawili za sobą w jasnej izdebce, przed sobą widzieli dwie inne, stokroć bardziej im znajome i droższe. I do nich właśnie natychmiast, zaraz, jak najszybciej musieli dojść.

Wiatr zrywał się coraz silniejszy i sroższy, i tak ich popędzał, że ledwie nadążali stawiać kroki. Śnieżna kurzawa zataczała wokół nich koła, owijając ich coraz gęściej i gęściej.

W tym wielkim pędzie coraz lżej dotykali stopami ziemi, aż wreszcie wiatr podbił im nogi, uniósł w górę na tumanie śniegu. I poczuli, że lecą, wznoszą się, płyną miękko wśród śniegu, jakby rzeczywiście mieli u ramion wymyślone, Antkowe fruwadła.