Śnieg i wiatr kołysał ich, okręcał i niósł, niósł, niósł. Widzieli wokół siebie tylko białe mokre drobinki i nic więcej.
Wreszcie opadli na ziemię i poczuli pod nogami twardy chodnik. Przed nimi zabłysło w dole światło, pojawiły się prowadzące w dół stopnie. Bez słowa zbiegli po nich. I znaleźli się w podziemnym przejściu. Tym samym, przez które przeszli, rozpoczynając swoją wędrówkę.
Wydostali się z przeciwnej strony i ruszyli naprzód, znów przez wiatr i siekący śnieg, ocierając co jakiś czas oczy rękawami kurtek, aby widzieć chociaż trochę przed sobą.
Rozdział VIII
I śnieżna ściana rozstąpiła się nagle. I zobaczyli w półmroku swoją własną, rodzoną, niesfałszowaną ulicę Polną. Niezbyt stare, ale i nie za nowe bloki, rozdeptany śnieg na chodnikach i placyk zabaw z oberwaną huśtawką.
Ruszyli w stronę swojego bloku na przełaj, przez trawniki, rozpryskując błoto i śnieg.
W znajomym oknie na pierwszym piętrze zasłona była odgarnięta i jaśniała przytulona do szyby twarz mamy. Jak zawsze, wyglądała na dwór, czy dzieci nie nadchodzą. A gdy ich zobaczyła, uśmiechnęła się i spokojnie odeszła od okna.
Uchylone drzwi ich własnej klatki schodowej poskrzypywały i postukiwały na wietrze.
Puścili się pędem do tych drzwi i wbiegli na pierwsze piętro, skacząc po trzy schody.
Antek pierwszy dopadł do dzwonka i zadzwonił jak na alarm.