Za drzwiami rozległo się niespieszne szuranie kapci i wkrótce otworzył im tata.
Ale nikt nie chwycił ich w objęcia, jak cudownie ocalonych. Nikt nie wylewał łez na powitanie.
Na twarzy mamy nie było widać żadnych śladów smutku ani niepokoju. Tata też nie wyglądał na specjalnie zdenerwowanego.
— Piekarnia? Bułki się palą czy co? — zagderał dobrotliwie.
— Jesteśmy! — zawołali oboje bez tchu.
Mama zarumieniona i uśmiechnięta wychylała się z kuchni.
— No, dobrze, że już jesteście. Trzeba się myć i przebierać. Zaraz przychodzą dziadkowie i ciocia. A myśmy tu już wszystko spokojnie bez was powykańczali.
— To jeszcze nie było wigilii? — krzyknął Antek.
— Nie, dopiero dochodzi piąta. A co, przestraszyłeś się, że nie zdążysz? Nie bój się, bez was byśmy nie zaczęli!
— Mamo! — nalegał Antek. — Wy wcale nie baliście się o nas? Wiedzieliście, gdzie myśmy byli?