— O! — powiedział tata. — Dzieci wracają do życia. Pokłóciły się. Już nie są takie uduchowione.
— Mądry — głupiemu! — zawołała Agnieszka. Złapała świąteczny strój i zabarykadowała się w łazience. Spojrzała na zegarek. Była piąta, 24 grudnia.
„Więc to wszystko było nie naprawdę? — medytowała, myjąc się i wycierając. — Zbiorowe, a raczej dwuosobowe urojenie? Czarująca staruszka, pan Ptasznik z nogą w gipsie, gadająca papuga i wspaniała położna Stasińska i to dziecko, co się urodziło? Wszystko jedno! — postanowiła. — Nigdy tego nie zapomnę i tak!”
— Już kończę, nie dobijaj się! — krzyknęła w stronę drzwi, które dudniły niecierpliwym werblem.
Antek stał w drzwiach, cały już przejęty nową sytuacją.
— Leżą, leżą pod choinką, widziałem! Zapuściłem tam teleskop!
— Kto? — zdziwiła się Agnieszka, znów wyrwana z zamyślenia.
— Prezenty! Prezenty przez wielkie P! P! — Pięciopiętrowe, rozumiesz? — wypchnął ją z łazienki i gorączkowo zaczął zdzierać z siebie sweter i koszulę.
Wzruszyła więc ramionami i poszła do kuchni pomagać mamie.
Kończyła właśnie rozkładać grzybowe uszka na talerzach, gdy brzęknął dzwonek. Nadeszli dziadkowie i ciocia Marysia. Wszyscy po kolei wkraczali uroczyście do dużego pokoju, gdzie już czekał nakryty stół, a pod choinką, rozpierającą się w kącie, leżała stertka zakokardowanych paczek.