Babcia dyskretnie zasłoniła dziadka. Dziadek dyskretnie opuścił coś pod choinkę. Aga i Antek dyskretnie przymknęli oczy, bo nie wypadało im nic widzieć.
Wszystko było zwykłe, tą świąteczną, niezwykłą zwykłością, którą znali wyśmienicie. Aga wciągnęła głęboko w nos znajomy, doroczny świąteczny zapach, jedyny i zawsze taki sam.
Wkroczył tata w swoim ulubionym garniturze w kratkę. Za nim wśliznęła się mama, w ulubionej sukience taty. To znaczy, była to oczywiście sukienka mamy, ale ulubiona przez tatę.
— O, jak dobrze, że włożyłaś tę sukienkę — wygłosił tata swoje sakramentalne zdanie. A po nim następne, skierowane do dzieci, które brzmiało jak zawsze:
— A wiecie, dlaczego tak lubię tę sukienkę?
— Bo mama ją miała na sobie na waszej pierwszej randce! — wyrecytowały dzieci chórem.
Agnieszka zerknęła na mamę, a mama mrugnęła do niej i zasłoniła usta palcem.
Tylko one dwie znały sekret jej sukienki. Była to bowiem już trzecia z kolei sukienka z tego samego materiału. Ta pierwsza — kiedy już! — podarła się, a mówiąc szczerze, dawno byłaby na mamę za ciasna. Ponieważ jednak tata tak ją lubił, mama kupowała co jakiś czas niebieski materiał i cichaczem szyła sobie nową. Ale to były takie ich babskie szachrajstwa i co komu do tego?
Odmrugnęła tylko mamie i obie wzięły się za roznoszenie talerzy. Wszyscy złożyli sobie życzenia, zasiedli do stołu i zanurzyli łyżki w barszczu. Ciocia Marychna przełknęła gwałtownie uszko i wpatrywała się skupionym, natężonym wzrokiem w przeciwległą ścianę.
— Czy przesadzaliście paprotkę? — zapytała nagle nie swoim głosem.