— Nie, nie o to chodzi! — przerwała jej gwałtownie ciocia. — A czy jak się rozbiła, to nic z niej nie wypadło?
Antek potargał sobie w zamyśleniu świąteczną czuprynę.
— No pewnie! Rzeczywiście. Taki mały kluczyk od nie wiadomo czego. Dziwny jakiś. On był twój? Zaraz ci go przyniosę! Mam go w starych spodniach. Cały czas go nosiłem przy sobie w kieszeni, bo zapomniałem.
Antek odsunął krzesło i wśliznął się do swego kąta za szafę. Po chwili wrócił, trzymając w ręku kluczyk. Maleńki przedmiot wytarł się w kieszeni, wypolerował. Przedtem matowy i niepozorny, świecił teraz delikatnym, srebrzystym blaskiem, jak choinkowa ozdoba.
— Nie wiedzieliśmy, skąd się tam wziął. A ty wiesz?
— Cały czas miałeś go w kieszeni? — zakrzyknęła ciocia.
— No, jak mówiłem. Cały czas, kiedy chodziliśmy po migdały.
— I nie mieliście żadnych przygód? Nic wam się nie przydarzyło? — dopytywała ciocia Marysia nerwowo.
— A czy ja mówię, że nie mieliśmy? Pewnie, że się nam wydarzyło! — odparł Antek i spojrzał triumfalnie na siostrę, bo myśli skaczące po jego bystrej głowie zaczęły nagle wiązać się ze sobą i układać w jakieś sensowne kształty i figury.
Babcia zadzwoniła widelcem w talerz.