— No i co to za spis?
— Spis najpilniejszych wynalazków do końca dwudziestego wieku. Tych, które trzeba koniecznie zrobić.
— Ciekawe! Pokaż mi to!
Ale w tej samej chwili zasuwa w drzwiach chrząknęła dźwięcznie i zaczęła się powoli otwierać.
— Idą — stwierdził Antek.
Rodzice przeciskali się przez drzwi, pomagając sobie nawzajem, objuczeni torbami, siatkami i mnóstwem pakunków luzem. Z jednej siatki sterczał sztywny i oszroniony ogon karpia, spowity puklem anielskich włosów, które wyśliznęły się z jakiejś torebki.
— Niech dunder świśnie całe te święta! — pomrukiwał tata, wyciągając swoje chude piszczele spomiędzy paczek.
— W przyszłym roku wykupuję wczasy rodzinne! Dość tych zabobonów!
Tata przedarł się do kuchni, znacząc za sobą ścieżkę z maku, który sączył się z pękniętej torby.
— Gusła i zabobony! — powtórzył raz jeszcze. — A wy tu czego chcecie? — zdziwił się, widząc dwa łebki, które wychynęły spoza kuchennych drzwi.