«Co widzicie — rzekł młodzian — to moich rodziców siedziba,
A okienko należy do mego pokoju pod strychem.
Ale śpieszmy do domu, bo ciężka zbliża się burza».
I powstali oboje, i szli przez żyta wysokie,
I dosięgli winnicy, gdzie ciemność wędrowców objęła.
Herman z wolna po stopniach sprowadzał swą towarzyszkę;
Lecz na drodze nierównej zachwiała się z nagła dziewczyna,
I padając, spoczęła na chwilę w objęciach młodziana;
Pierś zetknęła się z piersią i czoło z czołem. On stanął,
Niby posąg z marmuru. Potęgą woli wstrzymany,