Że zaledwo, skrwawieni, spod ciosów się moich wymknęli.

I tak krzepko wzrastałem, i wielem znosił od ojca,

Który nieraz zły humor odbijał na mnie łajaniem;

Bo gdy zajście miał w radzie, lub przykrość jaką na mieście,

Zwyklem ja pokutował za winy jego kolegów.

Często samaś mnie przecie, mateczko, żałować musiała.

Alem milczał z pokorą, i w sercu chowałem wspomnienie

Tylu dobrodziejstw rodziców, co na to tylko pracują,

Żeby dla nas gromadzić wszelaki dostatek i zasób,

Sami sobie ujmując, by coś oszczędzić dla dzieci.