— Co pani powiesz o moim ojcu?
Odpowiedziała z uśmiechem:
— Mógłbyś pan, moim zdaniem, za wzór wziąć go sobie. Przypatrz no się pan, jak on elegancko ubrany! Bodaj czy nie lepiej się on trzyma od swego syna!
I tak w dalszym ciągu podnosiła i wychwalała ojca kosztem syna, wywołując w sercu młodzieńca bardzo zmącone uczucia zadowolenia i zazdrości.
Niebawem potem przyłączył się syn do ojca i opowiedział mu wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Major tym przyjaźniej zachowywał się względem wdowy, a ona przybrała względem niego ton żywszy, poufniejszy. Słowem, można powiedzieć, że rozstając się, major — podobnie jak wszyscy inni — już należał do niej i do jej kółka.
Deszcz rzęsisty nie dozwolił towarzystwu wracać do domu tym trybem, jakim tu przybyli. Zajechało kilka powozów, w których porozmieszczano piechurów. Porucznik tylko, pod pozorem, że i tak już za ciasno, puścił ojca samego i pozostał.
Major, wszedłszy do swego pokoju, poczuł się rzeczywiście opanowany jakimś odurzeniem, jakąś niepewnością co do samego siebie — jak to się dzieje z tymi, którzy nagle z jednego stanu przechodzą we wprost przeciwny. Ziemia zdaje się poruszać pod tym, co wysiada z okrętu, a światło drga jeszcze w oku tego, co od razu wstępuje w ciemności. Tak i major czuł jeszcze przy sobie obecność pięknej istoty. Pragnął widzieć ją jeszcze, słuchać jej i znów ją widzieć, i znów jej słuchać... I po niejakim namyśle przebaczył synowi swemu; ba, uważał go za szczęśliwego, że może rościć sobie pretensje do objęcia w posiadanie tak wielu zalet.
Z tych wzruszeń wyrwał go syn, który z żywym zachwytem wpadł drzwiami, uściskał ojca i zawołał:
— Jestem najszczęśliwszym człowiekiem w świecie!
Po takich i podobnych okrzykach przyszło na koniec pomiędzy nimi do wyjaśnień. Ojciec zauważył, że w rozmowie z nim piękna kobieta nie wspomniała ani jednym słowem o synu.