Major, przybywszy do dóbr, całe dnie poświęcił na oglądanie i badanie. Mógł niebawem zauważyć, że słuszna, dobrze pomyślana zasada podlega w wykonaniu różnorodnym przeszkodom i krzyżowaniu się wielu przypadłości tak dalece, że pierwotny pomysł prawie znika i chwilami ginąć całkowicie się zdaje — aż wśród tego całego zamętu znów się przedstawia rozumowi możność powodzenia, kiedy widzimy, że czas, jako najlepszy sojusznik, podaje rękę niepokonanej wytrwałości naszej.
I tutaj także smutny widok pięknych, rozległych, zaniedbanych posiadłości mógłby się był wedle rozumnej uwagi światłych gospodarzy przemienić w stan rozpaczliwy, gdyby się zarazem nie powiedziało, że szereg lat, spożytkowany rozsądnie i uczciwie, wystarczy na to, by ożywić, co zamarło, puścić w obieg, co się zatrzymało, i w końcu, za pomocą porządku i działania, cel swój osiągnąć.
Lubiący wygodę marszałek zjechał także wraz z poważnym adwokatem. Ale ten mniej obawy budził w majorze niż tamten, co należał do ludzi, którzy, żadnych nie mają celów albo, jeżeli jaki widzą przed sobą, środki ku temu odrzucają. Wygoda w każdym dniu i godzinie była dla niego nieodzowną potrzebą życia. Po długim ociąganiu się poczuł wreszcie konieczność pozbycia się swych wierzycieli, zrzucenia z dóbr ciężarów, uporządkowania swych spraw domowych, używania bez troski przyzwoitego i pewnego dochodu, lecz zarazem nie chciał się wyrzec najdrobniejszego ze swych dotychczasowych przyzwyczajeń.
W ogóle zgodził się on na wszystko, co miało zapewnić bratu i siostrze niezakłócone posiadanie dóbr, a zwłaszcza majątku głównego. Nie chciał tylko zrzec się zupełnie pretensji do pewnego pobliskiego pawilonu, do którego zapraszał corocznie na swe urodziny najdawniejszych przyjaciół i najświeższych znajomych, oraz do położonego przy nim ogrodu, łączącego tenże z budowlą główną. Wszystkie meble miały pozostać w domku letnim, miedzioryty na ścianach, a owoce szpalerów miały dla niego być zabezpieczone. Brzoskwinie i poziomki najwyszukańszych gatunków, gruszki i jabłka wielkie i smaczne, zwłaszcza zaś pewien gatunek małych, szarych jabłuszek, które od lat wielu przywykł ofiarowywać księżnej wdowie — miały mu być sumiennie oddawane. Do tego się przyłączyły inne warunki, mało znaczące wprawdzie, ale niezmiernie uciążliwe dla gospodarza, dzierżawców, rządców i ogrodników.
Marszałek był zresztą w najlepszym humorze. Bowiem, nie pozbywając się myśli, że wszystko w końcu da się ułożyć wedle jego życzeń, jak mu to lekki jego temperament przedstawił, dbał tylko o dobre jedzenie i zażywał przez kilka godzin potrzebnego ruchu na niemęczącym polowaniu. Opowiadał historie jedne po drugich i pokazywał zgoła najweselsze oblicze. I rozstał się z nimi w ten sam sposób — dziękował jak najpiękniej majorowi, że działał tak po bratersku; żądał jeszcze trochę pieniędzy, kazał będące w zapasie szare jabłuszka, które się tego roku szczególnie dobrze udały, starannie zapakować i odjechał z tym skarbem, który zamierzał jako pożądane uczczenie złożyć księżnej w jej wdowiej siedzibie, gdzie też łaskawie i przyjaźnie został przyjęty.
Major ze swej strony pozostał w nastroju wprost przeciwnym. I byłby niemal zrozpaczony z powodu ograniczeń, jakie znalazł przed sobą, gdyby mu nie przyszło na pomoc uczucie, podnoszące radośnie czynnego człowieka, jeśli może mieć nadzieję rozwikłania zamętu i używania tego, co rozplątał.
Na szczęście adwokat był uczciwym człowiekiem, który, mając do czynienia wiele gdzie indziej, ukończył rychło tę sprawę. Równie szczęśliwie nawinął się kamerdyner marszałka, który obiecał pod umiarkowanymi warunkami współdziałać w tej sprawie, z czego można było przewidywać pomyślne jej ukończenie. Ale jakkolwiek było to przyjemne, major jednak — jako człowiek uczciwy — czuł przy załatwiania tego interesu, że trzeba niejednej nieczystości, aby wyjść na czysto.
A jak dla kobiet niezmiernie bolesna jest chwila, kiedy ich piękność — dotąd niezaprzeczona — stawać się zaczyna wątpliwą, tak i dla mężczyzn w pewnym wieku, lubo w pełni sił jeszcze, najlżejsze uczucie niedostatecznej siły jest nadzwyczaj niemiłe, a nawet do pewnego stopnia trwogą przejmuje.
Atoli inna nadarzająca się okoliczność, która go zaniepokoić była powinna, dopomogła mu w poprawie humoru. Jego kosmetyczny kamerdyner, który go nie opuścił i w tej wycieczce na wieś, inną od niejakiego czasu drogę obierać się zdawał, do czego zmuszało go jakoby wczesne wstawanie majora, codzienne jego wyjeżdżanie i chodzenie, jako też zjawianie się tych i owych interesantów, a za bytności marszałka — wielu niemających żadnego interesu. Wszystkimi drobiazgami, jakie miały prawo zajmować jedynie dbałość mima, przestał już od pewnego czasu niepokoić majora, lecz za to z tym większą stanowczością trzymał się kilku punktów zasadniczych, które dotychczas przesłonięte były pomniejszym hokus-pokus. Wszystko, co nie tylko pozór zdrowia miało na celu, ale co powinno podtrzymać samo zdrowie, było ściśle przestrzegane — a zwłaszcza miara we wszystkim i zmiana stosownie do zdarzeń, następnie staranie o skórę i włosy, o brwi i zęby, o ręce i paznokcie, o najozdobniejszą formę których i najstosowniejszą długość znawca ten już od dawna się troszczył. Obok tego natarczywie było zalecane raz po raz umiarkowanie w tym wszystkim, co zazwyczaj wybija człowieka z równowagi. Po czym ten nauczyciel utrzymania piękności wyprosił sobie możność odejścia, gdyż — jak mówił — na nic się już panu swemu nie zda. Przypuścić wszakże było można, że właściwie pragnął się on znów dostać do swego poprzedniego patrona, ażeby się móc w dalszym ciągu oddawać różnorodnym rozrywkom życia teatralnego.
Istotnie, bardzo to dobrze wpłynęło na majora, gdy sobie samemu znów był pozostawiony. Rozumny człowiek potrzebuje się tylko miarkować, a będzie szczęśliwy. Znowu się mógł swobodnie posługiwać ulubionym ruchem jazdy konnej, polowania i wszystkim, co się z tym łączy. Postać Hilarii występowała znowu radośnie w takich chwilach samotności, a major wżył się w stan narzeczonego, najpowabniejszy może, jakiego nam udzielono w społecznej sferze życia.